Cios mi grozi srogi,
Oto na mnie Ajnejasz idzie prędkonogi. Ma siłę: gdzie on w boju, tam pełno rozpaczy,
A jest w kwiecie młodości, co najwięcej znaczy. Przy tym sercu, gdybyśmy równi w leciech byli,
Wraz ja jego lub on mnie do ziemi nachyli». Jakby duch jeden wszystkie ożywiał rycerze,
Śpieszą się i zniżają z ramienia puklerze. Ajnejasz też pomocy równie szuka sobie
W Agenorze, w Parysie, w mężnym Deifobie… Straszliwy bój się zaczął przy trupie Alkata:
Jęczą zbroje, gdy mnóstwo pocisków wylata,
Lecz w tym rycerzów tłumie, bijących się srodze,
Ajnejasz i król Krety, dwa najpierwsze wodze,
Wszystkie siły zbierają, zręczni bronią władać
I oba chcący sobie śmiertelny cios zadać. Pierwszy Ajnejasz rzucił grot na przeciwnika,
Ale ten go postrzegłszy, przed śmiercią unika:
Choć silną ręką ciśnion, krwi pocisk niesyty
Chybił, zawarczał tylko i drży w ziemię wbity. Wódz Krety zgubnym dosiągł Ojnomaja razem,
Przebił puklerz, wnętrzności wyciągnął żelazem. Pada i konający w zębach piasek gryzie,
A król wyciąga dzidę utkwioną w paizie. Lecz od walecznych Trojan obskoczon dokoła
Pięknej mu z ramion zbroi obedrzeć nie zdoła,
Nie umie tak, jak dawniej, cofać się i gonić,
Swoją dzidę odzyskać, przed cudzą się schronić;
Wstępnym bojem odpędza dzielnie śmierć od siebie,
Ale niezdolny szybko uskoczyć w potrzebie. Gdy więc wolnymi z pola krokami uchodzi,
Zażarty nań Deifob długą dzidą godzi;
Lecz go chybił, Aresa za to trafił plemię,
Askalafa; ten upadł, gryząc w zębach ziemię. Dziki Ares o śmierci syna nic nie wiedział. Z innymi bogi razem i bóg wojny siedział
Na złocistych obłokach: bo Zeus nikomu
Nie pozwolił na wojnę wyjść z górnego domu. Przy Askalafa trupie nowy bój się wszczyna:
Deifob ściągnął hełm z głowy boga wojny syna;
Pchnięty od Meryjona, upuścił łup z ręki,
Pada na głaz przyłbica, brzmiąc ostrymi dźwięki. Jeszcze Meryjon skoczył, podobny do sępu,
Grot wyrwał i do swego cofnął się zastępu. Nie była Politowi tajna brata dola:
Bieży, w ręce go bierze, uprowadza z pola;
W tyle rot się znajdował jego wóz wspaniały,
Tam na niego i giermek, i konie czekały. Jedzie do miasta jęcząc, krwią wszystek oblany,
Która strumieniem z świeżej wytryskała rany. Wzmaga się rzeź, krzyk wkoło straszny się rozlega;
Nagle na Afareja syn Anchiza wbiega,
Pchnął go w gardziel, chyli się głowa i przyłbica,
I puklerz; padł, wzrok wieczna ogarnia ciemnica. Postrzegłszy, że się Toon do ucieczki zwrócił,
Antyloch grot nań cisnął i żywot mu skrócił. Ciągnąca się wzdłuż grzbietu aż do szyi żyła
Ostrym razem przecięta na dwie części była. Upada na wznak Toon i choć dycha ledwie,
Do towarzyszów ręce wyciąga obiedwie. Chciwy łupu zwycięzca szybkim przybiegł skokiem,
Pilnym na wszystkie strony poglądając okiem. Już ciągnął zbroję, kiedy trojańskie dziryty
Zewsząd biją gwałtownie w puklerz miedzią kryty. Żadnego przecież ostrze ciała nie przewierci:
Posejdon Antylocha zasłania od śmierci.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.