Hippodam z wozu skacze, ucieczką się chroni,
Lecz go wnet z tyłu pocisk Achilla dogonił;
Z rycerza dusza z rykiem okropnym wychodzi. Jak w Helice wół ryczy, prowadzon od młodzi
Przed ołtarz Posejdona. Tak z tego człowieka
Sroga dusza z okropnym ryczeniem ucieka. Już na syna Pryjama, Polidora, leci
(Najmłodszy był, najmilszy ojcu z wszystkich dzieci). Już prędkim skokiem rycerz Achilla pomija,
Ten jeszcze prędzej ściga i z tyłu przebija
W miejscu, gdzie pas zapięty i pancerz dwoisty. Na drugą wyszedł stronę pocisk zamaszysty. Wyje, pada zaciemnion i rękami chwyta
Z ciała srogim żelazem wypchnięte jelita. Hektor, gdy w takim stanie brata swego zoczył,
Przejął go ból okrutny, cień mu wzrok zamroczył;
Już nie może się wstrzymać, żal w nim śmiałość nieci,
Jak ogień z groźną dzidą na zabójcę leci. Ten widząc, z radości ledwie się posiada,
Z jaką prędkością, z jakim nań zapałem wpada! — «Oto — dumnym rzekł głosem — oto jest morderca,
Który mnie najboleśniej przebił w głębi serca:
Z jego ręki najmilszy mój przyjaciel ginie! Już nie będziem się szukać na krwawej równinie». To mówi, a wzrok wściekły na Hektora ciska:
— «Zbliż się i leć czym prędzej w podziemne siedliska! A Hektor nie zmieszany: — «Skróć groźby zuchwałe! Mniemasz, że się słów zlęknę, jakby dziecię małe? I ja bym takiej broni mógł użyć wzajemnie. Znam twą moc, znam, żeś w polu jest wyższy nade mnie,
Lecz wszystko w mocy boga, on łatwo nas zrówna. I choć moja od twojej ręka mniej gwałtowna,
Mogę cię zranić, mogę raz śmiertelny zadać;
Mam oszczep niestępiony i umiem nim władać». Skończył i dzidę silnym wyrzucił ramieniem,
Ale Pallas ją lekkim odwróciła tchnieniem;
Wraca dzida i pada pod Hektora nogą. Wtedy Pelid przejęty zajadłością srogą
Leci z okropnym krzykiem, by w nim oręż zbroczył,
Lecz Feb wydarł Hektora i chmurą otoczył. Trzykroć wpada i dzidą zgubny cios wymierza,
Trzykroć próżnym zamachem w cień chmurny uderza. Gdy próżne wysilenie czwartym postrzegł razem,
Wściekły, z groźnym do niego ozwał się przekazem:
— «O psie zajadły! Jeszcześ zgonu się uchronił,
Któryś tak blisko widział; Apollo cię bronił. Jemu na wojnę idąc, święte czynisz śluby. Spotkaj się jeszcze ze mną, a nie ujdziesz zguby,
Jeżeli i mnie z bogów który sprzyja w niebie. Teraz, kogo doścignę, będę bił za ciebie…»
Jako zajęty pożar na górze szaleje
I gdziekolwiek niszczącym ogniem wiatr zawieje,
Zjada najwyższe drzewa niesytą paszczęką:
Tak Pelid jak bóg straszną broń wstrząsając ręką
Bije, ściga, zaciekły lata na równinie;
Całe pole zbroczone krwi potokiem płynie…
Księga XXI
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.