Młodzieniec go pokornie za nogi uchwycił,
Ręką jedną kolana, drugą oszczep trzyma
I żebrze z łez kroplistych pełnymi oczyma:
— «Zmiłuj się, Achillesie! Nie bądź na mnie mściwy,
Niech gość u ciebie znajdzie litość nieszczęśliwy! Pamiętaj, że u stołu twojego chleb jadłem,
Wówczas, kiedy na polu w ręce twoje wpadłem. Uwiózłszy mnie od ojca, od przyjaciół, w Lemnie
Piękny okup stu wołów zarobiłeś ze mnie. Dzisiaj trzykroć tak wielkiej bądź pewny nagrody. Biedny ja! Ucierpiawszy rozliczne przygody,
Dwunasta jest jutrzenka, jak ujrzałem Troję:
Lecz mnie znowu oddaje wyrok w ręce twoje… Nie zabijaj mnie! Słuchaj! Niech cię to złagodzi,
Że nie jedna mnie matka i Hektora rodzi;
Z jego ręki, nie z mojej, twój przyjaciel zginął,
Co razem i ludzkością, i odwagą słynął». Tak wisząc u nóg, czułe rozwodzi swe żale,
Gdy Pelid niewzruszony zawołał w zapale:
— «Głupi! Milcz z twym okupem i skróć próżne słowa! Póki mego Patrokla cała była głowa,
Oszczędzałem Trojanów chętnie i niejedni
Stratą samej wolności ocalili swe dni. Ale żaden z nich dzisiaj nie uniknie zgonu,
Kogo tylko doścignę w oczach Ilijonu. Najsroższy dla Pryjama synów mściciel we mnie:
Umieraj, przyjacielu! Nie skarż się daremnie! Zginął Patrokl, od ciebie więcej życia godny. Widzisz, jaki ja jestem silny i dorodny,
Z ojca wielkiego w łonie bogini poczęty:
Jednak mnie ściga Mojra i wyrok niezgięty;
W każdej chwili śmierć grozi i niedługo muszę
Od oszczepu lub strzały wyzionąć mą duszę». Rzekł; Likaona serce i siła opada;
Puszcza dzidę, rozciąga ręce i przysiada. Rycerz, miecza dobywszy, utopił go w łonie,
Mocno pchnięte żelazo całe w ciele tonie. Pada czołem na ziemię, wiecznym zaćmion cieniem,
A krew z rany szerokiej lała się strumieniem. Zwycięzca zaś trup jego za nogi uchwycił,
Rzucił go w nurty rzeki, chełpliwie się szczycił:
— «Leż pomiędzy rybami w wilgotnej krainie! Niech piją krew bezpiecznie, która z rany płynie! Nie złoży cię na marach matka rozkwilona,
Skamander do morskiego zaniesie cię łona,
Gdzie z czarnych wyskoczywszy wałów potwór wodny
Twym ciałem, Likaonie, nasyci brzuch głodny. Gińcie! Pierzchajcie! Trwożnych ściga dzida moja,
Aż nareszcie i dumna obali się Troja. Ta was rzeka, choć bystra, nie zasłoni przecie? Próżno jej liczne woły w ofierze bijecie,
Próżno żywe bijecie konie w jej głębiźnie. Żaden się z was od srogiej śmierci nie wyśliźnie. Za zgon Patrokla drogą dacie mi zapłatę
I, w moim oddaleniu, tylu Greków stratę». Obraził się Ksant groźnym rycerza przekazem,
Więc rozgniewany w sercu przemyśla, jak razem
Achilla wstrzyma zapał, a Trojan ochroni… I wydając bóg gniewny wyrazy człowiecze,
Z głębi swoich przepaści do Achilla rzecze:
— «Achillu! Ufny w męstwo i od bogów wsparty,
Za co na biednych ludzi tak jesteś zażarty? Jeśli Zeus już Trojany oddał w ręce twoje,
Przynajmniej nie w mych nurtach srogie czyń zaboje! Zawalony trupami, ściśnioną mam drogę
I toczyć już do morza wód moich nie mogę. Czy tu mają Trojanie zginąć nieszczęśliwi? Przestań!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.