A jeśli i ich srogą pracą Ares kona,
Niech przynajmniej syn wielki przyjdzie Telamona. Jemu niech sławny łukiem Teucer towarzyszy». Skoro woźny takowe zlecenie usłyszy,
Bieży spieszno wzdłuż muru przez dzidy i miecze,
I stanąwszy, do mężnych Ajasów tak rzecze:
— «W ciężkim niebezpieczeństwie Menestej was błaga:
Niechaj na chwilę wasza wesprze go odwaga! A oba, jeśli można: bo likijskie hordy
Niosą do nich broń groźną i okrutne mordy. Wodze ich, które zawsze walecznie się biły,
Wszystkie przeciw nim teraz obracają siły. Jeśli i tu Aresa praca wytężona,
Przynajmniej pospiesz, wielki synu Telamona! Tobie niech sławny łukiem Teucer towarzyszy». Ajas, którego serce za bojami dyszy,
Do syna Oileja krótkim rzekł wyrazem:
— «Zagrzewajcie tu Greki z Likomedem razem,
Aby mężnie wstrzymali trojańskie natarcie,
A ja Menestejowi dam potrzebne wsparcie. Niedługo tu powrócę od ateńskiej rzeszy». To wyrzekłszy, do wieży Menesteja śpieszy,
Z nim Teucer, brat wsławiony ze strzelania sztuki:
Pandyjon, giermek Teukra, niesie jego łuki. Poza murem szli, chciwi wzmóc zastępy bratnie,
Już im niebezpieczeństwo groziło ostatnie. Wodze Lików podobne do gwałtownej chmury
Rzucały się na wieże, darły się na mury;
Tamci się opierają, grzmi wrzaskiem powietrze. Wraz Ajas Lików męża walecznego zetrze:
Był to Epikl, towarzysz Sarpedona mężny. Widząc leżący kamień na murze potężny
(Dzisiaj człowiek w lat kwiecie, gdyż tej siły nie ma,
Z trudnością by go dźwignął rękami obiema),
Podniósł i na Epikla spuścił z wysokości. Czworokończasty szyszak pęknął, trzasły kości,
Pada jak nurek z wieży, a życie z człowieka
Ogromnym skruszonego kamieniem ucieka. Teucer Glauka ukrócił duszę w bitwach śmiałą,
Bo gdy na mur się miotał, ugodził go strzałą
W miejsce, gdzie jego ramię obnażone zoczył. Musiał ustąpić z boju, zatem z muru skoczył
I czym prędzej ukryty między swymi stanie,
Żeby kto z Greków jego nie urągał ranie. Zasmucił się Sarpedon, że Glauk odszedł miły,
Lecz, rozżarty, tym bardziej swe natężył siły. Pchnął Alkmajona dzidą; gdy ją ciągnął z ciała,
Grek za nią upadł z muru, a zbroja szczęk dała. Potem wieży koronę, uciosaną z dębu,
Bal w silne chwycił ręce, wyruszył ze wrębu,
Odkrył mur i otworzył dla wielu rot wniście. Wtedy na walecznego wodza tak ogniście
Teucer i Ajas razem zgubny cios wymierza:
Przy piersiach Teucer strzałą w pas świetny uderza;
Cios ten mu nic nie szkodził, chociaż go nie minął:
Nie chciał Zeus, aby jego syn przy nawach zginął. Ajas nań z dzidą skoczył, ta puklerz przedarła
I przecież zażartego rycerza odparła. Uderzony, cokolwiek od bram kroku ruszył,
Cokolwiek, bo je złamać jeszcze sobie tuszył. Woła na swoich, myśląc o tak wielkiej chwale:
— «Cóż to, Liki, w rycerskim stygniecie zapale? Złamałem mur, lecz tego dokazać nie mogę,
Bym własnym do naw męstwem otworzył wam drogę. Nuż, waleczni rycerze! Wstępujcie w me ślady,
Złączone siły wszystkie zwyciężą zawady». Na ten głos nowy zapał śmiałe przejął Liki,
Zbiegły się pod bok swego króla wojowniki.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.