A jak się gęste bielą na powietrzu śniegi,
Gdy Boreasz zawieje niosący pogody:
Tak, gdy się z naw ruszyły achajskie narody,
Błysnęły na powietrzu ognie pałające,
Strzelały razem w górę płomieni tysiące
I tarcze, i przyłbice, i silne oszczepy;
Blask z nich idzie wysoko aż pod nieba sklepy. Tym blaskiem upiękniona ziemia się rozśmiała,
A pod mężów stopami jęczy przestrzeń cała. Wpośród zastępów chciwy kurzawy i znoju
Wyprawia się szlachetny Achilles do boju… Zapalon, ciężkie Troi gotujący jęki,
Przywdziewa zbroję, dzieło nieśmiertelnej ręki. Na lekką nogę piękne cholewy zaciąga,
Które mocno haftkami srebrzystymi sprząga;
Nieprzebitym pancerzem piersi zabezpiecza,
Z ramion zawiesza ciężar ogromnego miecza:
Wziął i puklerz ozdobny, który ogniem błyskał,
I jako świetny księżyc blask daleko ciskał… Ciężką przyłbicą czoło wspaniałe pokrywa,
Świecąc się na kształt gwiazdy groźna kita pływa,
Na złotym hełmie złote wstrząsają się włosy:
Zbroja kształtna i trwała na najtęższe ciosy. Doświadcza jej na sobie, czy ciału przystoi,
I czy będzie miał wolny ruch w tak ciężkiej zbroi;
Lecz ta jakby na skrzydłach unosiła męża. Nareszcie ojcowskiego dostaje oręża:
Wyjęta z pochew długa i ogromna dzida,
Której by nikt nie dźwignął prócz ręki Pelida. Niegdyś Chejron ściął jesion, Pelijonu chlubę,
I dał go Pelejowi na rycerzy zgubę. Automedon waleczny, drugi Alkim skory
Dzielne rumaki w pyszne przybierają szory;
Już hartowne wędzidła w twardych pyskach żują,
Lejc przywiązany w tyle, już na wozie czują
Biegłego powoźnika, który z biczem stoi. Zaraz Achilles siada w jaśniejącej zbroi,
Jak słońce gdy niezgłębne rzuca morza tonie,
I groźnym głosem — ojca upomina konie:
— «Ksancie i Baliu, których krew Podargi rodzi,
Pomnijcie wrócić pana zdrowego do łodzi,
Gdy się boju nasycim; lepiej mi się sprawić
I trupem jak Patrokla nie chciejcie zostawić». Ten wyrzut Ksant słyszawszy, Ksant, co bystrze lata,
Schyla głowę i piasek grzywą swą zamiata,
A Hera dała tymi odezwać się słowy:
— «Bądź pewny, Achillesie, że dziś będziesz zdrowy. Dzień jednak niedaleki, gdy nie wrócisz z pola
Nie nasza w tym jest wina, lecz wyroku wola. Nie, że naszymi nogi mniej skory bieg władał,
Zginął nieszczęsny Patrokl i zbroi postradał;
Syn Latony, niechybne miotający strzały,
Obalił go na czele dla Hektora chwały. Bieg nasz choćby się równał i z Zefiru lotem,
Ty musisz zginąć, boga i człowieka grotem:
Nie chybi to, co stoi w smutnej losu księdze». Na tym wyrazie usta zamknęły mu Jędze. — «Ty mi zgon wróżysz! — gniewny Achilles zawoła
Wiem ja, że nic od śmierci zbawić mnie nie zdoła. Tu, daleko od ojca i matki, polegnę. Jednak ochotnym sercem na Trojany biegnę:
Poznają dobrze oręż mój nieprzyjaciele». — Rzekł i wołając, pędzi na Achajów czele.
Księga XX
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.