lektury on-line

Kategorie

Lektury › Iliada - Homer › Strona 110

Iliada - Homer - Strona 110

Od tej chwili przedsięwziął Trojan szczęście skrócić
I zwycięstwo na stronę Achajów obrócić. W tym zamyśle Hektora sam pchał na okręty,
Lubo już dosyć własnym zapałem był pchnięty. Jak Ares, gdy zabójczą dzidę chwyci ręką,
Lub jak ogień, gdy lasy zjadłą żre paszczęką,
Wścieczony lata Hektor i z ust pianę toczy;
Zapalone pod groźną brwią iskrzą się oczy,
Niezmordowana robi oszczepem prawica,
A podskakując, skronie tłucze mu przyłbica… Chcąc złamać Greków, ciosy tam obraca swoje,
Gdzie najdzielniejsze męże i najcięższe zbroje;
Lecz nadaremnie wszystkie swe siły wywiera
Niewzruszony jak wieża zastęp go odpiera. Jak kiedy szturm przypuszczą do nadbrzeżnej skały
I wiatry rozhukane i spienione wały
Ona ich gniew silnymi wstrzymuje ramiony:
Tak szyk grecki na miejscu stoi niewzruszony… Widzą cię pośród siebie Achaje, Hektorze! Jak gdy na pasące się woły przy jeziorze
Wpadnie lew — nieprzywykły walczyć pasterz młody
Już od czoła, już z tyłu broni swojej trzody
On skacze nagle w środek i buhaja zjada,
W różne się strony drżąca rozpierzcha gromada:
Podobnie, gdy wpadł Hektor (Zeus go zapalił),
Wszyscy pierzchli i tylko Peryfeta zwalił… Z przodu Greki okrętów jeden rząd zamykał;
Stąd wyparci, przy drugim, który morza tykał
Stawają, przy namiotach gęsto się gromadzą
I o daniu odporu najtęższego radzą. Przez wstyd i strach w obozie rozbiec się nie śmieją,
Jedni krzycząc na drugich krzepią się nadzieją. Nestor, ludu stróż, wszystkich czule upomina,
On rycerzów na imię ich ojców zaklina:
— «Przyjaciele! Chciejcie się mężami pokazać,
A nade wszystko hańbą lękajcie się zmazać! Myślcie o żonach, dzieciach, majątku, rodzicach,
Czy żyją, czy już w wiecznych zostają ciemnicach. Oni wołają na was tym słowem przeze mnie:
Stójcie! Wstydźcie się tyły podawać nikczemnie!…»
Wielki Ajas za hańbę sobie to rozumie,
By z innymi Grekami dłużej krył się w tłumie;
Wraz na widok trojańskiej pokazał się młodzi,
Z nawy na nawę krokiem sążnistym przechodzi,
Dwudziestodwułokciowym obracając drągiem,
Z okrętów na okręty przeskakiwał ciągiem. Jak, obok cztery konie sprzągłszy, jeździec zręczny
Ludowi ciekawemu chcąc dać widok wdzięczny
Bieży ku miastu, chlubnej szukając zalety;
Zbiegają się mężczyźni, zbiegają kobiety,
Obróconych na niego oczu pełno wszędzie,
On z konia na koń skacze w najbystrzejszym pędzie,
Tak po nawach wielkimi skakał Ajas kroki,
A ogromnym swym głosem przebijał obłoki. Zachęca bezustannie ten mąż nieznużony
Do dzielnej i namiotów, i floty obrony. I Hektor między swymi nie został orszaki,
Lecz jak orzeł, zoczywszy pasące się ptaki,
Uderza na żurawie, gęsi lub łabędzie,
W takimże Hektor śmiały rzucił się zapędzie… Pod samą flotą walkę stoczyli tak srogą,
Iżbyś rzekł, że wyczerpnąć swoich sił nie mogą;
Taka zjadłość ich piersi, taki ogień pali,
Jakoby w tym momencie bitwę zaczynali. Wielki do męstwa powód miały strony obie:
Grek już zbawienia prawie nie rokuje sobie,
Trojanin dzisiaj wszystko chce zakończyć razem,
Okręty zniszczyć ogniem, a Greki żelazem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia