Opuściwszy Jutrzenka oceanu wody
Rzucała blask na nieba i ziemskie narody. Tetys przyszła do syna z górnego siedliska;
On, jęcząc, martwe zwłoki przyjaciela ściska,
Z płaczącym wodzem broni towarzysze płaczą. Matka ściskając syna zdjętego rozpaczą:
— «Czas już, mój synu! — rzecze — by ten ból przeminął. Niech zmarły leży, z boga wyroku on zginął. Oto zbroja, Hefajsta przemysłem zrobiona,
Jakiej żaden śmiertelny nie wdział na ramiona». To rzekłszy, świetny ciężar składa mu pod nogą. Jęknęła groźnie zbroja; przerażeni trwogą
Nie śmieli Ftyjotowie ciągnąć po niej okiem,
Ale się nagle drżącym w tył cofali krokiem. Pelid, gdy ją obaczył, gniew mu serce ścisnął
I pod powieką ogniem iskrzącym się błysnął. Chciwą ręką cudowny dar boga uchwycił,
A gdy się już tak miłym widokiem nasycił:
— «Matko! — zawoła — bóg mnie tym darem zaszczyca,
Boska go wyrobiła, nie ludzka, prawica. Ja nie zwlekając piersi do boju uzbroję;
Lecz kiedy się oddalę stąd, bardzo się boję,
By nieczyste robactwo, padając na rany,
Które liczne odebrał przyjaciel kochany,
W członki nie zapuściło skazy i zepsucia». A matka: — «Oddal, synu, troskliwe te czucia! Ręka moja robactwo natrętne oddali,
Chciwie żrące rycerzy, których Ares zwali. Nie zepsuje się, choćby cały rok leżało,
Owszem, nową świeżością upięknię to ciało. Ty na radę zbierz zaraz wodze i narody
I gniew złożywszy, przystąp z Atrydem do zgody,
A z tą zbroją wdziej męstwo do wielkiego czynu». Rzekła i bohaterski duch zagrzała w synu. W nozdrze zaś Patroklowi dla ochrony ciała
Czerwony nektar z wonną ambrozyją wlała. Pelid obiegał brzegi morskie i hukliwy
Z piersi głos wypuszczając, zwoływał Achiwy. Liczni na radę tłumem idą wojownicy… By widokiem rycerza napaść oczy swoje,
Którego długo krwawe nie widziały boje… Już są wszyscy, milczenie wszystkim wargi ścina,
Gdy powstawszy, Achilles tak mówić zaczyna:
— «Królu! Przez brankę serce w nas się rozjątrzyło. Lepiej by to i dla mnie, i dla ciebie było,
Skoro przez nią niezgoda wszczęła się zajadła,
By po wzięciu Lirnessu z rąk Artemis padła. Nie okryłyby ziemi tylu Greków ciała
Przez czas, gdy w sercu moim zapalczywość trwała. Troja i Hektor z naszej korzystał niechęci,
Ach! Długo nam jej skutki nie wyjdą z pamięci!… Ja gniew mój przezwyciężam, anim się nauczył
Tej sztuki, żebym wieczny upór w piersiach tuczył. Zagrzej Greków, Achilles im staje na czele! Doświadczymy niedługo, czy nieprzyjaciele
Będą śmieli okręty cały dzień oblegać. O! Kto z nich przed mą włócznią zdoła się wybiegać,
Jakże będzie się żywo cieszył, gdy nareszcie
Znajdzie swe bezpieczeństwo i spokojność w mieście»! Rzekł, lud krzyknął; we wszystkich radość i nadzieja,
Że z serca gniewy złożył wielki syn Peleja. Wstał Atryd, król wśród królów trzymający przodek,
Lecz z miejsca, gdzie był, mówił, i nie szedł na środek:
— «Przyjaciele, rycerze, mężne wojowniki!… Często skargi ostrymi wojsko mnie przebodło,
Nie ze mnie jednak było naszych nieszczęść źródło.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.