Żebym wniść mógł do Hada, nie zwlekaj pogrzebu! Blade mury nie dają wstępu do Erebu,
Rzeki przebrnąć nie daje umarłych gromada,
A tak nędzny się błąkam po krainie Hada. Achillu! Daj mi rękę, niech moją uściska! Spalony, już nie przyjdę z ciemnego siedliska;
Z daleka od kochanych siadłszy towarzyszy,
Jeden drugiego tajnych myśli nie usłyszy,
Nie będziem z sobą radzić: z kolebki wytknięty,
Już porwał nieszczęsnego wyrok nie cofnięty… Proszę, uczyń, Achillu, dla mojej miłości
Niechaj będą złączone razem nasze kości…»
— «I tyż to — Achill rzecze — druhu, mnie odwiedzasz! Ty mnie zaleceniami twoimi uprzedzasz! Nie wątpij, wola twoja będzie dopełniona:
Czego pożąda Patrokl, Achilles wykona. Zbliż się! Oba nawzajem rękami się chwycim
I smutnej się słodyczy płakania nasycim». Ściągnął dłoń do uścisku, lecz chęci daremne:
Cień jak dym poszedł z jękiem w krainy podziemne. Na taki dziw Achilla wielki strach przeniknął,
Zerwał się, klasnął w ręce, żałobliwie krzyknął:
— «Nie ginie zatem człowiek idąc w ciemne kraje! Jakiś jego cień lekki po śmierci zostaje. Patrokl mi się pokazał w smutku i żałobie,
Dając zlecenia; jakże podobny był sobie! Tym żal odnowił w sercach, ciężką boleść wzniecił;
Płaczących pierwszy promień Jutrzenki oświecił. Atryd rozkazał, aby rzuciwszy namioty,
Z mułami się do lasu wyprawiły roty
I tam nacięły drzewa; zdał król tę wyprawę
Na Meryjona w piękną bogatego sławę. Na przedzie idą muły; za nimi krok spory
Niósł mężów z powrozami, ostrymi topory. W górę, z góry, pod górę kręta ścieżka wiodła. Będąc na Idzie, liczne tryskającej źrzodła,
Rąbią; odwiecznym dębom ciosy stal dawała,
Pod których się upadem góra trzęsła cała. Muły ociosanymi obciążają drzewy,
Te z nimi się przez gęste przedzierają krzewy;
Z ludzi każdy gałęzi ciężkie dźwiga brzemię,
Jak Meryjon rozkazał, zacne Mola plemię. Niosą je, gdzie wyznaczył Pelid miejsce grobu,
Co za wieczny spoczynek ma służyć dla obu. Tam złożywszy brzemiona, wokoło zasiada
I dalszych oczekuje wyroków gromada. Achilles kazał wyniść Ftyjotom z obozu,
Wziąć oręże i konie założyć do wozu. Oni natychmiast piersi zdobią świetną zbroją;
Już na wozach rycerze i giermki ich stoją,
Idą piesze zastępy, a wozy na przodku,
Patrokla towarzysze trup niosą we środku,
Każdy się mu poświęcić swe włosy wyściga. Achilles w tyle stąpa i głowę podźwiga,
Cały pogrążon w smutku, łza mu gęsta spada,
Że tym słał przyjaciela obrządkiem do Hada. Na wytkniętym składają miejscu drogie zwłoki
I krzątają się wynieść z drzewa stos wysoki. Wtedy nowa natchnęła myśl Peleja syna:
Zwróciwszy się na stronę płowy włos ucina,
Dotąd dla Sperchejosa nie tknięty na głowie,
A w morze patrząc w takim odzywa się słowie:
— «Spercheju! Więc na próżno ojciec z swej siwizny
Ślubował, że gdy wrócę do miłej ojczyzny,
Tobie mój włos poświęci, stugłów da w ofierze
I pięćdziesiąt baranów na twą cześć wybierze. Gdzie się dymią przy źródle twe ołtarze wonne:
Tak ślubował, lecz śluby jego były płonne.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.