—
Rzekł Hefajst — jak ją kochać, jak ją czcić należy! Gdy wstydząc się kalectwa mego, z górnej wieży
Strąciła mnie na ziemię srogiej matki wola,
Doznałem, co to nędza, czułem, co niedola. Wtenczas Tetys biednego litując się stanu
I Eurynome skryły w łonie oceanu… Gdy Tetys do mnie przyszła, uściskam ją mile,
Muszę się jej wypłacić za dobrodziejstw tyle. Ty idź! Niech zastawiony stół gościnny będzie,
A ja miechy poskładam i całe narzędzie». To rzekłszy, od kowadła powstał bóg wysoki
I z wolna nierównymi ruszając się kroki,
Oddala miechy z ognia, w kuźnicy ład czyni
I swoich prac narzędzia składa w srebrnej skrzyni. Gąbką ociera z dymu swe czoło wyniosłe
I ręce, i kark silny, i piersi obrosłe. Wdział szatę, a do ręki wziął berło złocone;
Dwa zaś posągi w kształcie dwóch dziewic zrobione
Krok niepewny swym pewnym krokiem podpierały:
I ruch, i głos, i rozum bogi im nadały
I przemysł, najcudniejsze dzieła robić zdolny. Idą, pilnie zważając na pana krok wolny. Stanąwszy, gdzie siedziała srebrnych wód królowa,
Uścisnął ją za rękę i rzekł w takie słowa:
— «Bogini, której tyle doznałem przysługi,
Czego chcesz? Dom nasz ciebie nie widział czas długi. Powiedz, ja się do twoich żądań chcę sposobić,
Wszystko zrobię, co mogę i co się da zrobić». A Tetys rozpłakana: — «Ach! Hefajście drogi! Któraż z bogiń, dzierżących olimpijskie progi,
Tyle doznała smutków, nędzy i niedoli,
Ile ich na mnie spadło z bogów ojca woli… Wydałam na świat syna, zaszczyt swej ojczyzny,
Wyrósł mi na kształt krzewu, ssącego grunt żyzny;
Posłałam go na wojnę dla Trojan pogromu,
Lecz go więcej w Peleja nie obaczę domu. A chociaż krótko słońce ogląda na niebie,
Dręczy się, nie ma z matki pomocy dla siebie… Więc niech matki nieszczęsnej prośba cię nakłoni:
Daj dla syna, któremu krótki wiek wytknięty,
Tarczę, przyłbicę, pancerz, obuw kształtnie spięty. Zbroję, którą miał, w ręku Patrokla postradał,
Zgon przyjaciela jemu najsroższy cios zadał». — «Porzuć troski, szanowna i miła bogini! I czegóż dla Tetydy Hefajst nie uczyni? Obym tak mógł zatrzymać srogą śmierć w zapędzie,
Kiedy go niezbłagany wyrok ścigać będzie,
Jak mu zbroję wyrobię, która na kształt cudu
Błyszczeć się będzie w oczach zdziwionego ludu»! Idzie do kuźni, zwraca wprost ku ogniu miechy:
W dwudziestu piecach gęste ich szumią oddechy,
Na przemiany swe piersi wzdymają i płaszczą,
I różny wiatr posłuszną wyziewając paszczą,
Do roboty, do chęci sztukmistrza stosowne,
Raz wolne niecą żary, drugi raz gwałtowne. Potem w piec rozpalony grube kładzie szyny
Z miedzi, z drogiego złota, ze srebra i cyny,
A stawiąc pod kowadło wielkie pniak niezłomny,
Jedną ręką wziął kleszcze, drugą młot ogromny. Wielki i tęgi puklerz boski sztukmistrz robi:
Złoty obwód okręgi troistymi zdobi,
Srebrzysty wiąże rzemień. Pięć blach w kupę bije,
A na powierzchni cuda swojej sztuki ryje.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.