lektury on-line

Kategorie

Lektury › Iliada - Homer › Strona 118

Iliada - Homer - Strona 118

Głupi — gdyby się sprawił, jak Pelid ostrzegał,
Pewnie by się przed srogą Mojrą był wybiegał,
Ale rada Zeusa nad ludzką przemaga
— Ucieczce się poddaje największa odwaga
Nieraz podniósł w rycerzu męstwo i osłabił,
A wtenczas wzmógł Patrokla na to, by go zabił. Jakie pierwsze, ostatnie jakie padły głowy,
Gdy cię na śmierć, Patroklu, skazał los surowy? Legł Adrest i Autonoj, i Echekl, i Muli,
Perym, Pillart, Melanip zgubny cios poczuli,
Epistora, Elaza trup na trupie pada;
Tych zabił, a trwożliwa pierzchnęła gromada. Już by Grecy trojańskie wyłamali bramy,
Bo nie mogły zwycięzcy żadne wstrzymać tamy,
Gdy na wieży Apollo usiadł zagniewany,
Myśląc Patrokla zgubić, a wesprzeć Trojany. Po trzykroć go na mury niosła chęć gorąca,
Po trzykroć z szańców miasta Apollo go strąca,
W ogromny puklerz boską uderzając dłonią. Lecz gdy, jak bóg, czwarty raz wypadał z krwawą bronią,
Przerażającym głosem Apollo zawoła:
— «Pójdź precz! Nic twoje ramię dokazać nie zdoła,
Bo nie tobie wyroki dobyć Troi dały. Choć mocniejszy, nie będzie miał Pelid tej chwały». Tak rzekł; on się nacierać więcej nie ośmiela,
Chroniąc się gniewu boga, który śmiercią strzela. Pod Bramą Skajską trzymał rumaki ogniste,
A w głowie Hektor myśli rozważał dwoiste:
Czy jeszcze wpaść na Greków i tłum ich wygładzić? Czy zastępy trojańskie pod mury sprowadzić? Wtem Apollo w postaci Azjosa przychodzi:
Starzec ten, brat Hekuby, z Dymanta się rodzi,
Obszerne dzierży włości we Frygów krainie,
Gdzie biegiem zapieniony bystry Sangar płynie. — «Czemu — rzecze Apollo — nie walczysz, Hektorze? Haniebna twa bezczynność w takiej jeszcze porze! Gdybyś ty nie był mocny, a ja mdły i stary,
Za tę nikczemność słusznej nie uszedłbyś kary. Zwróć konie na Patrokla, może go zabijesz
I z łaski Feba wieczną chwałą się okryjesz». To rzekłszy, w tłum się rzucił. Hektor kazał pędzić
Konie Kebryjonowi i bicza nie szczędzić. Apollo między Greki zamieszanie szerzy,
A chwałę dla trojańskich gotuje rycerzy. Hektor zaś wszystkie inne pomija orszaki
I na Patrokla bystre obraca rumaki. Ten skacze z wozu, lewą ręką robi bronią,
A prawą kamień ostry uchwyciwszy dłonią,
Ciska go — i niepróżno swe siły natęża:
Kebryjona obala, walecznego męża. Gdy na wozie Hektora trzyma lejce świetne,
Ogromny kamień w czoło uderzył szlachetne:
Odarł brwi, kości złamał i wybił mu oczy. Rycerz z wozu jak nurek na ziemię się toczy
I na piasku, bez duszy, swe członki rozciąga. Wtedy się z niego Patrokl w te słowa urąga:
— «Zręcznyż to mąż, który się tak lekko zanurza! Choćby najgwałtowniejsza morzem tłukła burza,
On między wały z nawy zniżyć się gotowy
I obfitymi gości nakarmić połowy. Prawdziwie, Troja nurków doskonałych liczy»! To powiedziawszy leci do swojej zdobyczy… Hektor wyskoczył z wozu. Jak się żrą i ranią
Dwa lwy na górach, walcząc o zabitą łanią,
Oba zarówno mocni, oba równo głodni:
Tak dwaj bohaterowie, z sobą walczyć godni,
Patrokl i Hektor, wielki bój zaczęli toczyć,
Jeden w drugiego ciele chciwi oszczep zbroczyć.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia