Z drugiej strony Achaje roty swoje zwarli,
Żeby się przy tym miejscu skutecznie oparli. Z równą mocą i męstwem walczą strony obie:
Nie mogą do naw drogi Liki zrobić sobie,
Choć mur już przełamany był dla nich otworem,
Ni Greki Lików z muru silnym zmieść odporem. A jak z tykami w ręku dwa gruntu dziedzice
Przy krańcach roli swojej walczą o granice,
Nie chcąc sobie ustąpić ziemi ani stopy:
Tak ci między murami i między okopy
W ciasnym miejscu bój toczą, a łoskot rozszerza
Broń tłuczona od broni, puklerz od puklerza. Wielu i tych poległo trupem, których były
Do pierzchliwej ucieczki obrócone tyły
I tych, co mężnie w boju do upadłej trwali;
Nie wstrzymały puklerze ostrej ciosów stali. Z obu stron mnóstwo ludu w tej rozprawie ginie,
Z wież, z okopów krew Trojan i Achajów płynie. Stoją Grecy, choć wściekle Troja na nich bije. Jak skrzętna robotnica, co z kądzieli żyje,
Póty na ścisłej wadze szalę trzyma z wełną,
Aż w obu wagach równość obaczy zupełną,
Aby kochane dzieci czym pożywić miała;
Tak tam z obu stron bitwa w równowadze stała. Aż wreszcie Hektor chwilę żądaną obaczył,
W której mu Zeus chwałę największą przeznaczył. On pierwszy na mur leci i na swoich woła:
— «Nic się, mężni Trojanie, oprzeć wam nie zdoła! Złamcie ten mur i nieście ogień na okręty»! Usłyszeli, więc każdy tym głosem przejęty
Śpieszy, zuchwałe roty hurmem na mur idą
I wstępują na wieże z wymierzoną dzidą. Ostry i wielki kamień, co przed murem leżał,
Silną chwyciwszy ręką, do bram Hektor bieżał;
Dzisiaj, nim kamień taki, choć z największą mocą,
Dwa męże na wóz włożą, dobrze się zapocą. Jak owczarz z runem w ręku prawie nie rozróżnia,
Czy niesie co, bo w ręku nic go nie opóźnia:
Tak lekko Hektor leci do bram z wielkim głazem. Z grubych tarcic zrobione, okute żelazem… Staje, jednę w tył nogę, drugą w przód rozszerza,
I wygiąwszy się, kamień ogromny wymierza. Ten padł w sam środek bramy i zawiasy skruszył,
I poprzeczne ciężarem zapory wyruszył:
Wstrząśnione bramy ciężkim zahuczały grzmotem,
A na bok wyskoczyły podwoje z łoskotem. Czarnej burzy podobny w bramy Hektor leci,
Miedziana zbroja na nim groźnym blaskiem świeci,
Kręci dwoma wielkimi groty rycerz srogi:
Nikt by go tam nie wstrzymał, chyba same bogi. Ogień mu w oczach pała, gniew bucha mu z czoła,
I by natychmiast na mur szli, na swoich woła. Na głos jego posłuszni, ci na wieżę skoczą,
Drudzy tłumem przez bramy otwarte się tłoczą. Wtenczas do naw strwożeni chronią się Danaje,
A na brzegu zgiełk straszny i wrzawa powstaje.
Księga XIII
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.