lektury on-line

Kategorie

Lektury › Iliada - Homer › Strona 35

Iliada - Homer - Strona 35

Pallada nowym ogniem Tydejdę zagrzewa,
Swoje mu w piersi męstwo i swój zapał wlewa,
By wszystkich bohaterów przeszedł rycerz śmiały,
A przez to nieśmiertelnej zyskał wieniec chwały. Puklerz i szyszak blaskiem otacza promiennym;
Jak się wydaje gwiazda, co w czasie jesiennym
W oceanie skąpana światłość żywą ciska:
Taki mu ogień z czoła i ramion połyska. Uzbroiwszy tam pchnęła swojego rycerza,
Gdzie się najbardziej pożar wojenny rozszerza. Żył w Troi Dares, człowiek cnotliwy i możny,
Ojciec dwu synów, kapłan Hefajsta pobożny,
A w bohaterskiej sprawie oba wiele znaczą. Więc skoro Diomeda mężnego obaczą,
Lecą nań, od trojańskiej odbiegnąwszy rzeszy;
Ci z wozu nacierają, a on walczy pieszy. Pierwszy uderzył Fegej, ale raz był mylny,
Bo nad ramię bez szwanku przeleciał grot silny. Co zaś Diomed — próżno oszczepu nie ciska,
Trafia go w piersi, zwala wpośród bojowiska. Brat skoczył z wozu, jednak nie śmiał trupa bronić;
I ten przed czarną śmiercią nie mógłby się schronić,
Lecz go Hefajst, obłokiem pokrywszy, ocalił,
Żeby do reszty ojca smutek nie przywalił. Zatem zwycięzca pyszne ich rumaki bierze
I do nawy przez swoje odsyła żołnierze. Obaczywszy, że jeden syn Daresa bieży,
Drugi smutnie na piasku rozciągniony leży,
Zmieszali się Trojanie, trwoga w serca pada. Wtenczas do boga wojny tak rzecze Pallada:
— «Ares, Ares okrutny! Co gubisz narody,
Przelewasz krew, a w gruzy świetne mienisz grody! Czyliż nam do tych bojów mieszać się przystoi? Niech pan nieba zwycięstwo da Grekom lub Troi,
My ustąpmy: inaczej obrazimy ojca». Tak mówiła; usłuchał Ares, ludzi zbojca. Więc go daleko z pola bitwy uprowadza
I na brzegach Skamandru kwiecistego sadza. Uciekają Trojanie, strach piersi osłabił,
A każdy z wodzów greckich rycerza ich zabił… Tak męże w bohaterskiej pracowały sprawie,
Lecz w tym zajadłym boju nie rozeznać prawie,
Czyli Diomed z greckiej, czy z trojańskiej strony,
Wszędzie się bowiem miota rycerz zapalony. Jak wezbrana szumnymi potokami rzeka,
Wyparłszy brzegi, z łoża na pola ucieka,
Wszystkie wywraca tamy, a w biegu gwałtownym
Niesie groblom zwalisko i mostom warownym
I wzdęta od Zeusa nagłymi ulewy
Porywa pracowite rolników zasiewy:
Tak Tydejd gromi Trojan, pędzi roty drżące
Jednemu nie wystarczą rycerzów tysiące. Postrzegłszy, że bohater całe szyki miesza,
Że trwożna Trojan przed nim ustępuje rzesza,
Przeciw Diomedowi Pandar łuk natęża:
Strzałą rani na siebie lecącego męża;
Pancerz nią nad ramieniem zostaje przeszyty,
Doszła ciała, wypłynął krwi strumień obfity. Natychmiast Pandar głosem radosnym zawoła:
— «Trojanie! Wróćcie nazad, stawcie mężnie czoła! Ranny najwaleczniejszy mąż między Achiwy
I niedługo przeżyje postrzał z tej cięciwy,
Jeżeli sam bóg łuku z Liki i mnie zwabił». Tak triumfował Pandar, ale go nie zabił. Cofa się za wóz Tydejd i wzywa Stenela,
Najwierniejszego sobie w życiu przyjaciela:
— «Chodź, kochany Stenelu, daj ratunek wczesny,
I wyrwij mi czym prędzej z barku grot bolesny».
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia