Hektor za głowę chwycił i łup trzymał drogi,
Z drugiej zaś strony Patrokl ciągnął go za nogi;
A wojska swej upornie doświadczały mocy. Jak wiatry, ten z południa, a drugi z północy,
Walczą, kto z nich obalić ma przyległe lasy,
Dęby i buki jęczą z strasznymi hałasy,
Długie się zawadzając gałęzie szeleszczą,
Łamiąc się, drzewa z hukiem przeraźliwym trzeszczą:
Tak między nimi walka uporczywa wszczęta
I o zgubnej ucieczce nikt z nich nie pamięta. Dzidy ziemię okryły, krwawe niosąc razy,
I strzały z żył puszczane, i ogromne głazy,
Tarcze na piersiach mężów uderzając z trzaskiem:
A członki Kebryjona, obsypane piaskiem,
Szerokim ciałem ziemię szeroko zaległy. Zapomniał jeździec sztuki, w której był tak biegły. Póki słońce na górne wstępowało sklepy,
Z równą stratą ciskane obu stron oszczepy;
Lecz gdy się już zaczęło chylić do zachodu,
Przemogło wyrok męstwo greckiego narodu:
Mieli korzyść, bo z miejsca Trojanów odparli,
Unieśli Kebryjona i zbroję odarli. Wtedy się w swym zapale Patrokl nie posiada,
Podobny do Aresa na zastępy wpada,
Trzykroć na Trojan z krzykiem straszliwym naciera,
Trzykroć trupem dziewięciu mężów rozpościera. Już czwartym grozi razem strwożonej gromadzie
Stój Patroklu! Tu wyrok dniom twoim kres kładzie! Feb mu w przerażającej postaci zaskoczył;
Nie mógł go Patrokl widzieć, bo się mgłą otoczył. On boską dłoń spuściwszy, w plecy go uderza:
Rozciągają się cienie przed okiem rycerza… On mu wytrąca oręż, obnaża ze zbroi:
Zadumiały, zmieszany, Patrokl w miejscu stoi,
Odrętwienie żadnego nie da zrobić kroku. Wtedy Euforb z oszczepem przyskakuje z boku;
Śmiały Euforb, którego wsławił się wiek młody
Dzidą, jazdą i w polu szybkimi zawody. Rycerskie jego dzieła Ares wziąłby sobie:
Z wozu mężów dwudziestu w pierwszej zwalił probie. Od niego Patroklowi z tyłu cios zadany;
Lecz natychmiast wyciąga długi oszczep z rany… Boską ręką i ludzkim osłabiony ciosem,
Zaczął uchodzić rycerz przed ostatnim losem. Obaczywszy to Hektor, wpośród zbrojnej rzeszy
Z żelazną w ręku dzidą za Patroklem śpieszy
I aż w głębi wnętrzności raz utapia mściwy. Padł z łoskotem i smutkiem napełnił Achiwy. A jak odyniec, uciec nieznający podle,
Walczy na górach ze lwem przy maleńkim źródle,
Siłą chcąc rozstrzyc, kto z nich wody się napije,
Wreszcie lew zziajanego odyńca zabije:
Tak Patrokla, co strasznie na Trojan się srożył,
Dzidą przebiwszy, Hektor na placu położył. Nareszcie z niego w takiej natrząsa się mowie:
— «Więc ty sobie Patroklu, w dumnej prządłeś głowie,
Że zwalisz mury Troi? Że trojańskie żony
W twardych więzach w achajskie uprowadzisz strony? Głupi! Daleka od nich służba i niewola! Dla nich me konie lecą wśród krwawego pola
I ja groźnym oszczepem przywodzę zastępy;
One bezpieczne; ciebie pożrą psy i sępy. Twój Pelid cię przed smutnym nie zasłonił razem. Zapewne on cię z takim wysyłał rozkazem:
— «Nie pierwej mi, Patroklu, powracaj do nawy,
Aż na piersi Hektora zadrzesz kirys krwawy». Tak ci mówił, tyś jego słów przypłacił zgubą».
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.