lektury on-line

Kategorie

Lektury › Iliada - Homer › Strona 145

Iliada - Homer - Strona 145

Już w ucieczce trojańskie wojsko tam się tłoczy,
Gdzie Ksant, z Zeusa zrodzon, piękne nurty toczy. Żadna się przed zwycięzcą siła nie ostoi,
Rozbija ich na części: tych pędzi ku Troi
I rozprasza na tejże równinie, gdzie wczora
Uciekali Achaje przed bronią Hektora. Rozpierzchli się przelękli. By spóźnić ich kroki,
Hera przed nimi gęste rozciąga obłoki. Drudzy lecą z łoskotem w srebrne Ksantu wały,
Rozlega się smutnymi jękami brzeg cały,
Słychać głosy rozpaczy tonącego męża;
Płyną, lecz wartki potok siłę ich zwycięża. Jak szarańcza niszcząca drogie ziemi płody,
Gdy ujrzy ogień, biegnie chmurami do wody,
Ściga ją bystry płomień, robactwo ucieka,
Aż je bliska pochłonie w swych bałwanach rzeka:
Tak gdy Pelid zwycięzca trwożnych Trojan goni,
Bród Ksantu był zawalon od mężów i koni. Sparłszy oszczep o drzewo, rycerz zapalony
Wpadł w rzekę z mieczem, szerzył rzeź na wszystkie strony. Ci jęczą przeraźliwie, wziąwszy raz głęboki,
A woda się od hojnej czerwieni posoki. Jako strwożona krain wilgotnych rodzina
Szuka w portach schronienia przed paszczą delfina,
Bo których on dosięgnie zębem, już nie żyją:
Tak wśród zakrętów przed nim Trojanie się kryją. Znużon rzezią, dwunastu młodych ludzi bierze,
Których krew Patroklowi ma przelać w ofierze. Zadumiałych, wyciągnął ich z rzeki jak łanie,
A z tyłu rękom dawszy mocne zawiązanie
Z pasów, którymi każdy miał ściśnioną szatę,
Śle do floty, na smutną przeznacza zatratę. Lecz niedługo spoczywa; znowu się rozjada,
Na Likaona z rzeki wybiegłego wpada. Już dawniej był od niego pojman rycerz młody,
Gdy w nocy ciął gałęzie na wozu obwody;
Schwytał go, wziął chcącego bronić się daremnie. Wyprawił na okręcie i zaprzedał w Lemnie. Kupił go syn Jezona: lecz się z nim ugodził
Etyjon, gość Pryjama, więźnia oswobodził
I posłał do Aryzby; stamtąd po kryjomu
Wyrwawszy się, powrócił do rodziców domu. Jedenaście dni, oddan miłym ojca progom,
Cieszył się z przyjaciółmi; lecz zdało się bogom
Wrócić go dwunastego dnia w ręce Pelida:
Ten go do Hadu ześle, płacz mu się nie przyda. Gdy rycerz, co mu żaden w biegu nie wystarczy,
Postrzegł go bez szyszaka, bez dzidy, bez tarczy
(Bo młodzian całą zbroję porzucił na brzegu,
A z trudnością wyrwany z bystrego wód biegu
Mdłym się porusza krokiem, pot obfity ciecze),
Rozgniewany, rozjadły, sam w sobie tak rzecze:
— «Jakież uderza oczy moje widowisko? Już Trojan i podziemne nie wstrzyma siedlisko,
Nie uwiężą pobitych Hadesowe ściany! Ten, od śmierci ocalon, w Lemnie zaprzedany,
Wrócił, głębokie morza przeskoczywszy wody,
Którego ludziom tylu nieprzestępne brody… Ale kto wnet żelazny ten oszczep doścignie
Obaczym, jeśli z czarnych otchłani się dźwignie. Czyli też zaśnie w ziemi, gdy ducha wyzionie. W ziemi, co najsilniejszych w swoim więzi łonie». Gdy Pelid stojąc w miejscu, ten zamysł układa. Trojanin, by ujść zgonu, zlękły do nóg pada. Już straszny oszczep w ręce bohatera błysnął,
Likaon padł, rękami za kolana ścisnął;
Otarł się grot o plecy, krwią się nie nasycił.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia