Skończył, łupy na drzewie zawiesił wysoko,
Których ażeby mogło w nocy dostrzec oko
I aby w ich szukaniu, gdy wróci, nie zboczył,
Trzciną i złamanymi gałęźmi otoczył. Idą wodze po zbroi, we krwi czarnej brodzą,
Aż nareszcie do trackich zastępów przychodzą. Spały długą podróżą zmordowane męże,
Przy nich leżą w troistym porządku oręże,
Blisko tych są przy każdym jarzmie dwa rumaki;
W środku spoczywa Rezus między swymi Traki. Naprzeciw stoją konie śnieżyste za wozem,
Przywiązane do niego świecącym powrozem. Ujrzawszy je Odyseusz Tydejdę ostrzega:
— «Oto mąż, oto konie sławione od szpiega. Użyj tu, przyjacielu, męstwa i czyń śmiało,
Bo próżnować z orężem w ręku nie przystało. Odwiąż konie lub jeśli chcesz, ty dobądź broni,
Ty bij, ja nie zapomnę uprowadzić koni». Rzekł, Pallada śmiałością nową serce grzeje. Zatem na wszystkie strony rzeź okrutną sieje:
Co razy wzięli, z piersi ciągną jęk głęboki,
Ziemia się od płynącej czerwieni posoki. Jak lew, na nie strzeżone gdy owce napada,
Straszliwą klęskę trzodzie opuszczonej zada:
Tak zaciekły Diomed rzeź w obozie szerzy
I bez życia zostawia dwunastu rycerzy. Trupy ciągnie Odyseusz i składa na stronie,
Przezorny, aby do krwi nieprzywykłe konie
Szkodliwą nie zostały przerażone trwogą,
Tyle skrwawionych trupów tłoczący pod nogą. Na koniec się do Reza namiotu przedziera
I życie trzynastemu królowi odbiera. Jakby sen nieszczęśliwy w oczach jego staje;
Trak jęczy konający i ducha oddaje. Konie zaś uprowadza Odyseusz z obozu
I łukiem je potrąca, bo zapomniał z wozu
Wziąć z sobą bicz królewski, bicz kształtny i złoty. Daje znak, by już krwawej poprzestać roboty. Lecz Tydejd, w miejscu stojąc, waży się na dwoje:
Czyli wóz, w którym były pyszne króla zbroje,
Unieść i nadzwyczajnym czynem się ozdobić,
Czyli też jeszcze więcej śpiących Traków pobić. Kiedy się tak namyśla, Pallada przybiegła
I kochanego sobie rycerza ostrzegła:
— «Pamiętaj o powrocie, nie chciej dłużej czekać,
By ci nie przyszło potem haniebnie uciekać. Może wkrótce obudzić Trojan z bogów który». To rzekła, on zrozumiał głos Zeusa córy. Wsiadł na konia, na drugim siedzi król Itaki. Uderza łukiem, lecą ku flocie rumaki… Gdy stanęli na miejscu, gdzie był szpieg zabity,
Wstrzymuje konie Itak, a trup znakomity
Podjąwszy Tydejd, w ręku towarzysza składa. Sam na powrót na konia ognistego wsiada. Gęstych nie szczędzą razów, lecą zadyszali,
Pragnąc, by się czym prędzej do floty dostali. Pierwszy Nestor ich tętent słyszy i tak powie:
— «Przyjaciele, przemożni Argejów królowie,
Prawda-li? Czy się mylę? Lecz cóż wyrzec broni:
Tętent bystro lecących uderza mnie koni,
Obyć (niech tej pociechy nieba nam użyczą!)
Itak, Tydejd wrócili z tak piękną zdobyczą! Ale mi smutne staje przeczucie na myśli,
By w tłumie nieprzyjaciół, na zgubę nie przyśli». Nie skończył Nestor, oni już są między rzeszą. Zsiedli z koni, wodzowie niezmiernie się cieszą,
Ten słodko do nich mówi, ten za ręce chwyta,
Pierwszy Nestor ciekawy w tych słowach się pyta:
— «Odyseusie!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.