Widzą, że już Trojanie przez mur się przedarli,
I nadziei nie mają, aby ich odparli;
Łzy leją, rozpaczając o nawy, o życie,
Ale wnet ich ożywia Kalchasa przybycie… Taki głos, pełen ognia, z ust jego posłyszą:
— «O hańbo! Grecka młodzi! Gdzież jest wasza śmiałość? Na was ja pokładałem floty naszej całość;
Lecz dzień ten smutny, jeśli opuści nas męstwo,
Oświeci zgubę naszą, a Trojan zwycięstwo. O nieba! Mógłżem kiedy przypuścić do myśli,
Aby Grecy na taką ostateczność przyśli! Zuchwały nieprzyjaciel bój pod nawy niesie! Niegdyś do łań podobni rozpierzchłych po lesie,
Co niezdolne się oprzeć, lada czym się straszą,
Przeznaczone być wilków i lampartów paszą
Nigdy Grekom Dardanie nie dostali kroku,
Nawet nie mogli strzymać naszego widoku. Dziś aż pod samą flotę śmiałe hufce wiodą! Zginiemże błędem króla i wojska niezgodą?… Wy więc strząście tę gnuśność, która grozi zgubą,
Wy, coście chwałą kraju, a rycerstwa chlubą! Niech serce bojaźliwe od boju unika,
Nie pójdę ja zagrzewać próżno nikczemnika:
Lecz wasza mnie bezczynność obraża i dziwi. Nie widzicież, co przez nią ucierpią Achiwi?… Tak im dodał Posejdon do boju ochoty:
Garną się do Ajasów nieprzełomne roty. Widząc, z jakim przy wodzach stawią się pośpiechem,
Ares by na nich, Pallas patrzała z uśmiechem. Gęsty rząd, przy szyszaku szyszak, mąż przy mężu,
Puklerz jest przy puklerzu, oręż przy orężu. Na hełmach pływające mieszają się kity,
W śmiałych ręku ogromne błyszczą się dziryty. Wre zemsta wszystkim w sercach, gniew im z oczu strzela. Pragną obmyć swą hańbę w krwi nieprzyjaciela. Wraz się walecznych Trojan zastęp do nich zbliży,
Hektor wpada na czele na ten mur paiży. Lecz jako oderwana siłą wód opoka,
Po ostrych skacząc progach, upada z wysoka,
Leci, trzęsą się lasy — ale na dolinie
Pęd się jej zatrzymuje i ruch całkiem ginie:
Z takim zapędem Hektor na Greki uderzył. Wszędzie rzeź, pomieszanie, wszędzie postrach szerzył. Mniemał, że się pod same dostanie namioty,
Aż nagle stanął, wpadłszy na ściśnione roty:
Zasłonili się Grecy gęstym włóczni rzędem,
Przełamać ich daremnym kusił się zapędem. Wielką odparty siłą, rozbić ich nie zdoła,
Cofa się i na swoich wielkim głosem woła:
— «Trojanie i Likowie! Niech was nie zastrasza
Ten zastęp, trwajcie tylko, a wygrana nasza! Wnet ja tę Greków rotę w kształcie wieży złamię,
Jeśli dziś bóg pioruna moje wzmaga ramię:
Wszak on nigdy nadziei płonnych nie udzielał». Tymi słowy swój zapał wszystkim w piersi przelał… Tymczasem trwała walka, grzmi wrzaskiem powietrze;
Wtedy się Teucer młody z śmiałym Imbrym zetrze… Pod uchem pchnął go Teucer, Telamona plemię,
A gdy dzidę wyciągnął, rycerz padł na ziemię. Jak na wierzchołku góry jesion okazały,
Którego niebios pyszne gałęzie sięgały,
Pada z trzaskiem, gdy ostrym toporem go zetną:
Tak z trzaskiem upadł rycerz ze swą zbroją świetną. Przybiegł Teucer do trupa, obedrzeć go chciwy;
Wtedy nań dzidę rzucił Hektor zapalczywy,
Ale zgubnego razu zręcznie się uchronił;
Amfimach ten cios dostał, który Teukra gonił.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.