Bo jeśli cię zabije, ni ja, z której łona
Wyszedłeś, drogie dziecię, ni posażna żona
Nie opłaczemy ciebie na łożu pogrzebnym:
U naw greckich psom będziesz pokarmem haniebnym! Tak prosili go płaczem, ale ich zaklęcia
Niezdolne go od jego cofnąć przedsięwzięcia
Choć zbliża się Achilles, niewzruszony stoi. Jak wąż, gdy się trucizną ze złych ziół napoi,
Pełen jadu przy swojej jaskini się toczy,
A wszędzie obracając zapalone oczy,
Niecierpliwy złość wywrzeć, czuwa na człowieka:
Tak Hektor pełen ognia na miejscu swym czeka. Świetny puklerz o wieżę wysunioną wspiera
I w szlachetnym swym sercu te myśli rozbiera:
— «Jeśli do miasta wnidę, cóż więc z tego będzie?… Trojany i Trojanki będą wyrzekały,
Najmniej odważny powie: — «Hektor, nadto śmiały,
Swym zuchwalstwem o takie nas przyprawił szkody». Ach! Niźli mam to słyszeć, nie wrócę, aż wprzódy
Zwyciężę Achillesa i zgładzę mą winę. Lub chwalebnie pod mury ojczystymi zginę»… Tak myślał, gdy się zbliżył Pelid groźnie zbrojny:
Straszną wstrząsał przyłbicą jak srogi bóg wojny,
Pelijońskim jesionem prawą ręką ciskał
Puklerz blaskiem rażącym piorunu połyskał,
Świecąc się jako promień wschodzącego słońca. Ujrzał go Hektor, zadrżał, nie wytrwał do końca:
Więc porzuciwszy bramę uciekać zaczyna,
Szybkim ścigany biegiem przez Peleja syna. Jak jastrząb wszystkie ptaki celujący lotem,
Prędko leci za krzywym gołębicy zwrotem,
Wzmaga swój wartki impet, przeraźliwie krzyczy,
Chciwy, aby czym prędzej dostał swej zdobyczy:
Tak Pelid za Hektorem pędem biegł ognistym,
Który przed nim uciekał pod murem ojczystym. Dążą drogą publiczną bystrymi wyścigi:
Już pagórek, już wiatrem kołysane figi,
Już wreszcie omijają wdzięczne okolice,
Gdzie tryskają Skamandru dwoiste krynice… Tędy przebiegli, żaden z nich kroków nie szczędził,
Mężny ten, co uciekał — mężniejszy, co pędził. Bo nie szło tam o puklerz lub inne nagrody,
Uwieńczające w biegu zwycięskie zawody:
O wielkiego Hektora walka była życie. Jako, chcąc pogrzeb męża uczcić należycie,
Krewni przy zwłokach piękne sprawują igrzyska,
Pędzą bystre rumaki, piana na pierś pryska,
Warczą koła i zręcznie obiegają metę,
Zwycięzca weźmie trójnóg lub ładną kobietę:
Tak ci miasto potrójnym okrążyli skokiem. Bogowie ciągle bacznym szli za nimi okiem… Gdy czwarty raz do źródeł przybiegli rycerze,
Natenczas złotą szalę bogów ojciec bierze,
Achilla i Hektora dwa kładzie wyroki,
Oba oznaczające śmierci sen głęboki. Zważył. Już los Hektora dobiegł swego kresu:
Schylił się wyrok jego i padł do Hadesu. Opuścił go Feb jako skazanego losem. Pallada mówi takim do Achilla głosem:
— «Achillu, miły bogom! Oto przyszła pora,
Gdy rzezi niesytego zwaliwszy Hektora,
Przyniesiemy Achajom nieśmiertelną sławę,
Bo już dziś nie ucieknie mając z nami sprawę. Niech z płaczem Feb kolana Zeusa uściska,
Niech żebrze — dla Hektora już nic nie pozyska. Ty, trzeba, żebyś wytchnął i chwilę zaczekał,
A ja pójdę go skłonić, by walki nie zwlekał». Rzekła, cieszy się rycerz.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.