lektury on-line

Kategorie

Lektury › Iliada - Homer › Strona 82

Iliada - Homer - Strona 82

Chlubisz się, żeś mnie w nogę drasnął? Raz twój słaby,
Gardzę nim, jakby wyszedł od dziecka lub baby,
Bo nikczemnego człeka i pocisk nikczemny. Co z mojej ręki, nigdy cios nie jest daremny:
Kogo się dotknie, z tego wraz dusza wyleci,
Rwie włosy po nim żona, sieroty są dzieci,
Więcej go miłe niewiast grono nie obsiędzie,
Ale, zgniły, dla sępów brzydką pastwą będzie». Tak łajał, wtem do niego Odyseusz przypada,
Swym go zasłania ciałem. Rycerz w tyle siada
I grot wyciąga z nogi. Musiał rzucić pole
I spieszyć do okrętów, takie cierpiał bole. Natenczas sam na placu został król Itaki,
Bo wszystkie trwogą zdjęte pierzchnęły orszaki,
I jęcząc, różne myśli tak rozbiera sobie:
— «Jakżem ja nieszczęśliwy! Co pocznę w tej dobie? Jeśli ucieknę, ciężką sławie zadam ranę;
Gorsza, gdy otoczony sam jeden zostanę. Wszyscy pierzchli. Lecz dłużej wahać się nie godzi,
Wiem, że z placu haniebnie sam gnuśnik uchodzi,
Mąż zaś wielkiego serca nigdy się nie boi,
Czy zwalczy, czy go zwalczą, na miejscu dostoi». Kiedy się tak utwierdza w niebezpiecznym stanie,
Wielkim tłumem nadchodzą pancerni Trojanie,
Wojsko ich zgubcę swego wśród siebie zamyka. A jak psy i myśliwi obracają dzika,
Gdy się z kniei pokaże, błyszczą groty w ręce,
On białe kły w skrzywionej zaostrza paszczęce,
Zgrzyt zębów grzmi po lesie, a choć zwierz tak srogi,
Psy i myśliwcy w piersi nie przejmują trwogi:
Tak na Odysa biją Trojanie zuchwali. On, broniąc się, najpierwej Dejopejta wali,
Potem oręż w Toonie i Ennomie zbroczył;
Przy nich zginął Chersydam, gdy z wozu wyskoczył. We wnętrzności odebrał ciężki raz dziryta,
Pada i piasek własną krwią zbroczony chwyta. Tych rzucił, ale jeszcze nie stępił żelaza:
Poległ brat Soka, Charop, mężny syn Hipaza. Sokus, mąż bogom równy, ratunek mu niesie
I zbliżywszy się, rzecze: — «Mądry Odyessie,
Równie chytrości niesyt, jak rycerskich czynów! Albo chlubić się będziesz, żeś dziś obu synów
Hippasa zabił w polu i z nich odarł zbroje,
Albo też tym żelazem ja przetnę dni twoje». To rzekł i silnym w tarczę pociskiem uderza;
Przebił ją, nawet dzida przeszła wśród pancerza
I zdarła z kości skórę, dosięgnąwszy ciała,
Ale ją od wnętrzności Pallada wstrzymała. Czuł Odyseusz, iż z rany tak płytkiej nie zginie,
Więc cofnąwszy się rzecze: — «Biedny Trojaninie,
Zaraz się to dla ciebie spełni, czegoś żądał:
Już więcej słońca nie będziesz oglądał…»
Skończył; Sokus ucieczką od śmierci się chronił,
Lecz go pocisk Odysa wśród ramion dogonił… Wraz z ciała, z tarczy Soka dobywa dziryta;
Ból go przeszył, za grotem płynie krew obfita. Postrzegłszy krew cieknącą z Odyseusza rany,
Zachęcają się, tłumem lecą nań Trojany,
Zgubcę swego pragnący otoczyć dokoła. On, cofając się, na swe towarzysze woła. Trzykroć, ile mu piersi tchu wystarczą, krzyknął,
Trzykroć głos ten Atryda młodszego przeniknął,
Więc mówi do Ajasa, bliskiego rycerza:
— «Ajasie, głos Itaka w uszy mnie uderza,
Musi on w niebezpiecznym znajdować się stanie.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia