Mężni sami, z mężnymi chodzili za barki,
Centaurom, gór mieszkańcom, dumne starli karki. Z nimi od młodu moje bywały zabawy,
Gdy mnie z Pylos do spólnej wezwali wyprawy,
I jam walczył, jak siły pozwalały moje;
Z dzisiejszych nikt by z nimi nie wyszedł na boje. Tak wielcy, a młodego przyjmowali rady:
I dla was będzie lepiej wstępować w ich ślady. Ty, choć możny, nadobną zostaw mu dziewicę,
Niech ma dar, którym uczcił Grek jego prawicę;
A ty, Achillu, z królem nie bądź tak gwałtowny,
Bo mu żaden ze wszystkich królów nie jest rowny. Jeżeliś ty dzielniejszy, żeś synem bogini,
Jego możniejszym władza obszerniejsza czyni. Atrydo, głos pokoju między was przynoszę:
Złóż gniew na Achillesa, ja cię o to proszę;
W nim jest obrona floty, w nim wojska podpora». Agamemnon w te słowa rzecze do Nestora:
— «Zacny starcze! Szanuję mądrą twoją mowę,
Lecz nad wszystkich ten człowiek chce wynosić głowę;
On by rad sobie władzę najwyższą przywłaszczył,
A któż będzie tak niski, by się przed nim płaszczył? Jeżeli mu zaś dzielność nadał bóg odwieczny,
Czyż przeto mu pozwala, by tak był złorzeczny? Przerwał mu Pelid mowę i obelg nie skąpił:
— «Ostatni byłbym z ludzi, gdybym ci ustąpił… Co ci powiem, to w żywej zachowaj pamięci:
Dla branki walczyć bronią wcale nie mam chęci
Ni z tobą, ni z innymi Greków rycerzami,
Choć bierzecie dar, który przyznaliście sami;
Ale co na okręcie moim jest w ładunku,
Nic do twego nie możesz podciągnąć szalunku. Odważ się tylko na to: całe wojsko zoczy,
Że ta włócznia wnet czarną krew z ciebie wytoczy». Tak w szkodliwej obadwa rozjątrzeni zwadzie
Powstali, czyniąc koniec narodowej radzie. Pelid gniewny pod swoje udał się namioty,
Z nim Patrokl nieodostępny i tesalskie roty. Atryd zaś okręt spycha, żagle rozpościera,
Kładzie ofiarę, majtków dwudziestu wybiera,
I śliczną Chryzeidę prowadzi do nawy:
Mądry Odyseusz wodzem został tej wyprawy. Ci mokrą płyną drogą, wiatry w żagle świszczą. Król nakazał obmycie; więc ludy się czyszczą,
Rzucając wszystko w morze, co brudnego zmiotą;
Potem się zaraz świętą zajmują robotą,
Biją byki i kozy na uczczenie Feba:
Skwarzy się tłustość, dymy się wznoszą do nieba. Gdy tak lud ofiarami błagał Apollina,
Agamemnon się srożył na Peleja syna
I chcąc dokonać swoich zapowiedzi groźnych,
Mówił do Eurybata i Taldyba, woźnych:
— «Do Achilla namiotu śpiesznym idźcie krokiem
I przywiedźcie tu jego brankę z czarnym okiem. Jeśli nie da, sam wezmę, gdy tam z wielą przydę,
A to większą mu sprawi boleść i ohydę». Tak zalecił, groźnymi rozwodząc się słowy. Struchleli biedni ludzie na rozkaz takowy,
Idą powoli, ciężkim ściśnięci kłopotem. Siedzącego zastają wodza pod namiotem;
Achilles ich spostrzegłszy zasmucił się srodze;
Ci, króla czcią przejęci, w wielkiej byli trwodze,
Stali cicho, ni w jednym wyrzekli co słowie. Poznał rycerz ich trudność, więc pierwszy tak powie:
— «Witajcie woźni, bogów i śmiertelnych posły! Przystąpcie. Wy nie winni, lecz Atryd wyniosły;
Do niego ja, nie do was, mam żalu przyczynę.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.