Skoro ich na kształt ognia idących postrzegli,
Natychmiast wielkim tłumem Trojanie się zbiegli:
Jeden drugiego żwawym głosem upomina,
Nacierają, przy nawach straszny bój się wszczyna. Jak w gorących dniach lata nagłych wiatrów burza
Piaski wzrusza i całe powietrze zachmurza
Tłukąc się, sprzeczne wichry groźnym warczą szumem:
Tak walczyli rycerze pomieszani tłumem. Wszystkich serca zajadłość ogarnęła dzika,
Rad by każdy napoić broń krwią przeciwnika. Tych ścina Ares dziki, tych strzela, tych kole;
Długimi dzirytami nasrożone pole,
Broń o broń starta odgłos wydaje szeroko,
Blask puklerzy, kirysów, przyłbic razi oko. Wielkie by ten miał serce, kto by na tak srogi
Widok patrzał spokojnie i nie uczuł trwogi… Zachęcając Achiwów i ręką, i głosem,
Staje okryty siwym Idomenej włosem. Uciekają Trojanie. Król pierwszy na czele
Otryjoneja z Traków kraju trupem ściele. Ten chciał pojąć Kasandrę i żeby oszczędzić
Zwykłych darów, obiecał Achajów odpędzić:
Przez niego miały greckie starte być narody;
Przystał Pryjam, on walczył dla pięknej nagrody. Silnym go Idomenej dzirytem dogonił,
Ani go z twardej miedzi puklerz nie zasłonił:
Upada, zbroja dźwiękiem żałobnym szeleszcze,
Zwycięzca zaś tak z niego natrząsa się jeszcze:
— «Otryjoneju! Pierwszym tyś jest mężem u mnie,
Jeśli tego dokażesz, coś przyrzekał dumnie
I za coś miał Pryjama córkę mieć w nagrodę! My też podobną z tobą uczynim ugodę:
Pierwszą z córek Atryda za żonę ci damy,
Gdy nam pomożesz złamać Ilijonu bramy. Lecz pójdź ze mną do floty, tam układ nastąpi,
Bo my także jesteśmy ojcowie nieskąpi». To rzekłszy, ciągnie trupa. Wtem Azjos wyskoczył
Chcąc się pomścić; szedł pieszo, za nim wóz się toczył,
A powoźnik przy panu wiódł konie tak z bliska,
Że ich piana gorąca na ramię mu pryska. Mierzył, chciwy, by oręż we krwi króla skropił
On mu tymczasem dzidę w gardzieli utopił. Srogim zwalony ciosem padł na ziemię Azy. Jak głębokie siekiery odebrawszy razy
Wali się dąb lub sosna na górze wyrosła,
Lub topola, co pyszny wierzch do nieba wzniosła:
Tak padł Azy na ziemię, zębem ostro zgrzyta,
I własną krwią zbroczony piasek ręką chwyta. Giermkowi zaś przytomność odjął widok taki:
Nie śmie od nieprzyjaciół w tył zwrócić rumaki
I gdy zbladły, przelękły, odurzony siedzi,
Pchnął go Antyloch: przeszła dzida kirys z miedzi;
Mdleje, chyli się, pada z wspaniałego wozu,
A zwycięzca wziąć kazał konie do obozu. Widząc, że Idomenej Azemu dni skrócił,
Przeciw niemu Deifob swą zemstę obrócił. Rzuca na niego dziryt. Lecz z przeciwnej strony
Postrzegłszy Idomenej pocisk wymierzony,
Zręcznie się go uchronił i sobie przytomny,
Skupiwszy członki, ukrył pod puklerz ogromny;
Tak więc żywot ocalił przed śmiertelnym ciosem. Tknięty nim puklerz ostrym zajęczał odgłosem. Jednak Deifob darmo nie cisnął żelaza:
Hypsenor, pasterz ludu, zacny syn Hippaza,
Dostał raz wymierzony na inną osobę;
Trafił go dziryt w łono i przeszył wątrobę. Padł, a zwycięzca woła: — «Jednegom pominął,
Lecz drugi legł, i Azy bez pomsty nie zginął!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.