On pierwszy na czele,
Podobny bogu, który losem wojny włada,
I na zażarte Greki tak gwałtownie wpada,
Jak wicher, gdy się nagle powietrze zachmurzy,
Wylatuje z obłoków i ocean burzy… Już by Achiwów srogi wyrok nie oszczędził,
Już by zwycięzca Hektor do naw ich zapędził,
Gdy Odyseusz w te słowa zagrzał Diomeda:
— «Cóż to? Czyli nasz oręż odporu już nie da? Stań przy mnie, spólną bronią ważmy bój zacięty! Jaka hańba, gdy Hektor zapali okręty»! — «Nie ustąpię ja kroku — Tydejd odpowiada
Wstrzymam nieprzyjaciela, co nam na kark wsiada. Ale cóż my dokażem, kiedy zagniewany
Opuszcza Zeus Greki, a wzmaga Trojany»? Rzekł i Tymbraja zwalił, pchnąwszy go wśród łona:
Odyseusz powoźnika zabił Molijona. Tych porzuciwszy, wieczną ogarnionych nocą,
Sami z nową na Trojan uderzają mocą. A jak śmiałe odyńce, kiedy ich psy gonią,
Zwracają się i kłami walecznie się bronią:
Tak ci zwróceni walczą, dając tym odporem
Wytchnienie pierzchającym Grekom przed Hektorem. Zeus z Idy na równej bitwę trzymał szali:
Tak śmierć zgubnymi ciosy brali i dawali. Tydejd syna Pajona zabił, Agastrofa;
Ten śmiało wszędzie walczy, nigdy się nie cofa,
Nawet nie ma przy sobie do ucieczki koni,
Każąc je słudze z dala trzymać na ustroni;
Pieszo się bił, aż oręż w nim Diomed zbroczył. Hektor, gdy wśród zastępów zgon rycerza zoczył,
Leci, niebo strasznymi przebijając krzyki,
Za nim trojańskie idą tłumem wojowniki. Nie mógł nie uczuć Tydejd, choć na chwilę, trwogi. Mówi do Odyseusza: — «Przyjacielu drogi! Na nas to mężny Hektor idzie tak zażarcie! Ale stańmy i dzielne dajmy mu odparcie»! Rzekł i pocisk z ogromnej wypuścił prawicy. Nie chybił, w Hektorowej czub trafił przyłbicy,
Jednak czoło nie tknięte, skóra nie przeszyta,
Wstrzymał cios szyszak, miedzią miedź była odbita
Od Feba miał go Hektor, z jego łaski żyje,
Lecz wziąwszy raz tak srogi, między swych się kryje. Upada na kolana, ręką się podpiera,
A mgła cień gęsty w oczach jego rozpościera. Tymczasem, kiedy kroki wyskoczył wielkiemi
Tydejd, aby utkwioną dzidę podjąć z ziemi,
Hektor przyszedł do siebie. Zaraz na wóz wsiada
I śmierci unikając, między swoich wpada;
Wierni go towarzysze otoczą gromadnie… Wtenczas Parys, za słupem ukrywszy się zdradnie,
Wyniesionym na Ila starożytnym grobie
(Niegdyś lud starość jego miał za chwałę sobie),
Przeciw Diomedowi krzywy łuk napina. Kiedy on świetny zdziera łup z Pajona syna,
Równie chciwy szyszaka, pancerza i tarczy,
Napięty od Parysa nagle łuk zawarczy,
Leci strzała i celu swojego nie mija:
Rani w nogę Tydejda i w ziemię się wbija. Wesół, że swym takiego męża dosiągł ciosem,
Śmiejąc się wybiegł Parys, rzekł chełpliwym głosem:
— «I tyś przecie posoką twoją ziemię skropił! Czemużem strzały w sercu twoim nie utopił! Drżące jak przed lwem kozy na twoje spojrzenie,
Miałyby przecież w boju Trojany wytchnienie!»
— «Próżny strzelcze! — rzekł Tydejd — z łuku twe zalety,
A najmilsza zabawa uwodzić kobiety. Jeżeliś mężny, w polu oba stańmy śmiele,
Na nic ci się nie przyda twój łuk i strzał wiele.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.