Dość dla twej chwały, że ci się bóg dziwi». Achilles rzekł: — «Skamandrze! Słuszne twoje żale,
Lecz później cię usłucham, dzisiaj trwam w zapale,
Dzisiaj walczę bez przerwy, mszcząc się za lud grecki,
Aż do miasta zapędzę ten naród zdradziecki
I z walecznym Hektorem zmierzę się wzajemnie. Czy ja zginę od niego, czyli on ode mnie… I nic go już w zapędzie rycerskim nie wstrzyma. Skacze w koryto: rzeka mąci się i wzdyma,
Wzrusza gwałtownie wody i z swego łożyska
Powałem obalone trupy na brzeg ciska,
Ryczy jak wół; w głębokich swych otchłań ukryciu
Ocala tych, co jeszcze zostali przy życiu. Groźne wały o puklerz bijąc strasznie warczą:
Już się im oprzeć siły Achilla nie starczą,
Już silnym porwanego pędem nurty niosły. On się za wiąz chwyciwszy, na brzegu wyrosły,
Wyrywa go z korzeniem i kruszy brzeg cały;
Gałęzie jakby tama zatrzymują wały. Wysoki wiąz na wodzie jak most się roztoczył;
Bohater z czarnych głębi na niego wyskoczył
I zdumiony na pole czym prędzej ucieka. Sczerniona bardziej jeszcze nadyma się rzeka
I ściga za Achillem, aby go oddalić,
A nieszczęśliwych Trojan od zguby ocalić. Rycerz na rzut oszczepu wielkie sadzi skoki;
Albo jak lekkim skrzydłem wzniesień pod obłoki
Orzeł, górny król ptaków, zdobycz swoją pędzi,
Tak on bystrze się rzuca i kroków nie szczędzi. Miedź mu dzwoni na piersiach, krzywym skacze zwrotem,
A rzeka za nim ściga z szumiącym łoskotem. Jak ogrodnik od źródła, sączącego wody,
Wiedzie strumień przez gaje, przez wdzięczne ogrody
Tylko co uprzątnęła zawady motyka,
Po głazach, po kamieniach słychać bieg ponika;
Na pochyłej on z wolna toczy się równinie
I ubiegłszy wieśniaka, słodko mrucząc, płynie:
Tak tam wody prędkiego Achilla goniły
Przy boskiej sile słabe bohaterów siły,
Ilekroć chciał się oprzeć, mocno stawiać nogi,
I widzieć, czy go wszystkie niebios pędzą bogi,
Tylekroć Ksant wezbrany w trop za nim poskoczył
I groźnymi bałwany ramiona otoczył. Przerażon wyskakuje, ucieka od brzegu,
Ale Ksant gniewny, w krętym ścigając go biegu,
Mdli mu kolana, ziemię spod nogi podrywa. Patrzy w niebo i z gorzkim jękiem się odzywa:
— «Zeusie, czyż bogowie tak są zagniewani,
Że mnie nie wyrwie żaden z tej strasznej otchłani?… Oby, co najdzielniejszym w tej ziemi jest mężem,
Hektor mnie był zwycięskim obalił orężem! Jak rycerz z rąk rycerza zginąłbym szlachetnie. Dzisiaj dni moje wyrok najnikczemniej przetnie:
Pogrążony w tych wałach, marnie stracę ducha
I umrę w głębi na kształt lichego pastucha… Ale Ksant z strasznym szumem wzniósł wody obfite. Pianą, krwią i gęstymi trupami okryte,
Na powietrzu zawieszon stanął potok wzdęty;
Już nim zupełnie rycerz został ogarnięty». Krzyknęła Hera, trwożna, żeby nie utonął,
Żeby go potok w głębiach swoich nie pochłonął,
Więc prędko tymi słowy do Hefajsta rzekła:
— «Śpiesz synu! Patrz, jak rzeka sroży się zaciekła! Ty sam uskromisz Ksantu wody szalejące,
Natęż twe siły, natęż twe tchnienie gorące! Ja z morza wzbudzę wiatry: przez ich silne wianie
Wzmoże się ogień, pożar niezgasły powstanie.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.