Ajas nie tracił czasu, i w oddaniu skory,
Jeden z głazów służących nawom za podpory
(A mnóstwo ich tam było przy stopach rycerzy)
Silną pochwyca ręką i w Hektora mierzy:
Trafił kamień pod szyję, od tarczy odskoczył
I niemały czas jeszcze po piasku się toczył. Jak ognistym Zeusa uderzony grotem
Z ogromnym dąb na ziemię wali się łoskotem,
Pełne powietrze siarki przykrego zapachu,
A bliski widz srogiego Zeusa zamachu
Ogłuszony zostaje od ognia i trzasku:
Tak nagle wielki Hektor upada na piasku… Zostać panami łupu tak wielkiego chciwi,
Zewsząd na niego z krzykiem napadli Achiwi. Lecz gdy w niebezpieczeństwie Hektora postrzegli
Polidam, Glauk, Ajnejasz, Sarpedon przybiegli,
I Agenor; ci roty wstrzymują grożące,
A za nimi się Trojan cisnęły tysiące. W ich puklerzach bezpieczna dla niego zasłona. Tymczasem go ziomkowie wzięli na ramiona
I w tył wojska unieśli, gdzie wóz jego stoi,
Prowadzą jęczącego rycerza ku Troi. A skoro tam przybyli, gdzie Ksantu kryształy
Krętymi nurty żyzne pola przerzynały,
Wspaniały wóz i bystre zatrzymali konie,
Zsadzili go na ziemię, wodą zlali skronie. Odzyskał dech bohater, na nogi się dźwignął,
Otworzył oczy, z piersi krew czarną wyrzygnął,
Lecz upadł znowu, znowu zawarły się oczy:
Tak go ciężko Ajasa cios ogromny tłoczy. Najlepsza dla Achajów zajaśniała pora,
Gdy z placu schodzącego postrzegli Hektora;
Natarli zatem, nowym zapałem zagrzani. Ajas, syn Oileja, Satnijosa rani… Zwalił go Ajas dzidą, rycerz padł na plecy,
Przy nim wszczęli bój krwawy Trojanie i Grecy. Polidam zgonu ziomka zemścić się pośpieszył,
Oszczepem prawe ramię Protenora przeszył. Chwytając piasek ręką padł syn Arejlika,
A chlubny tym zwycięstwem Trojanin wykrzyka:
— «Mogę sobie pochlebić, że syn Panta mężny
Wprawną ręką niepróżno cisnął grot potężny! Ktoś z Achajów odebrał cios hartownej miedzi
I wnet czarne siedliska Hadesa odwiedzi». Sarknęli Grecy, Ajas bardzo się zapalił,
Obok niego Polidam Protenora zwalił;
Więc na uchodzącego szybkim rzucił grotem:
Polidam śmierci zręcznym uchronił się zwrotem,
Lecz za to Archelocha cios dosięgnął srogi,
Dla niego zgubę mściwe przeznaczyły bogi. W kark go utrafia dzida Telamona syna,
Okrutnym razem żyły obiedwie podcina. Padł i ziemi, waląc się pod śmiertelnym ciosem,
Wprzód niż kolanem dotknął czołem, twarzą, nosem. Ajas do Polidama chlubnie rzekł w tę porę:
— «Ciebie ja, Polidamie, za sędziego biorę:
Nie nagradzaż nam straty mąż, co teraz pada? Niepodły z niego rycerz i ród w nim nie lada. Że złączon z Antenorem, prawie jestem pewny,
Syn to albo brat jego, a przynajmniej krewny». Rzekł, znając dobrze, kogo obalił żelazem. Zasmucili się dumnym Trojanie wyrazem,
Akamas broni trupa i Promacha zmiata
Wtenczas, kiedy za nogi ciągnął jego brata. Wraz wykrzyknął: — «Na nasze wystawieni sztychy,
Kiedyż, junacy, próżnej przestaniecie pychy? Nie nam tylko w podziale dostały się smutki,
Równie na was padają zgubne wojny skutki. Patrzcie, jak poległ Promach, gdy po zdobycz bieżał!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.