lektury on-line

Kategorie

Lektury › Iliada - Homer › Strona 107

Iliada - Homer - Strona 107

Ścisnąwszy swe zastępy czekają Achiwy;
Z obu stron krzyk powietrze napełnia straszliwy,
Z mocnych rąk dzidy, z brzmiących cięciw lecą strzały:
Jedne się w łono mężów szlachetnych dostały,
Drugie nie dojdą ciała i w ziemię się wbiją,
Ani się krwi tak chciwie żądanej napiją. Póki Feb trzymał w rękach tarczę niewzruszoną,
Ginął lud, bój za żadną nie ważył się stroną. Lecz wkrótce przeciw Grekom zwrócona egida —
Wraz nią wstrząśnie i z piersi głos ogromny wyda:
Słabieją w męstwie, bojaźń w umysłach zajęta. Jak gdy w nocy napadną dwa srogie zwierzęta
W nieprzytomności stróża na woły lub owce,
Drżąca trzoda się w różne rozbiegnie manowce:
Tak uciekają Grecy; Feb ich mdłymi zrobił,
A Trojan i Hektora chwałą przyozdobił… Gdy się zwycięzcy bawią nad krwawymi łupy,
Uciekają w nieładzie drżące Greków kupy;
Hektor swoich zachęca, wielkim głosem krzyczy,
By prosto szli na flotę, niechciwi zdobyczy:
— «A kto mi kolwiek od naw na stronę odbiegnie,
W tymże zaraz momencie z mojej ręki legnie! Ni go bracia, ni siostry nie uczczą pogrzebem,
Ale go psy w kawały rozszarpią pod niebem»! Rzekł i ogniste biczem rumaki zacina,
Do śmiałego natarcia roty upomina. Zwracają wszyscy konie z groźnymi okrzyki,
Przodkiem Apollo mężne wiedzie wojowniki. Zarzuca rów, okopy zwala jego noga:
Wnet się dla nich zrobiła tak szeroka droga,
Ile zasięgnie dzida od męża rzucona,
Gdy doświadcza, jak silne są jego ramiona. Tą drogą tłumem idą Trojanie zuchwali,
Pod stopą Feba gruby mur Greków się wali. A jako drobne dziecię, bawiąc swe tęsknoty,
Rozmaite na piasku buduje roboty,
Wnet je ręką i nogą igrając zagrzebie:
Tak się mur grecki kruszy pod twą stopą, Febie. Tyś ich zmieszał, tyś zrobił, że pierzchli nikczemnie;
Dopiero się przy nawach wstrzymują wzajemnie… Jak gdy zhukane wiatry na morzu srożeją,
Wzdęte na boki w okręt bałwany się leją
I nic go nie zachowa od gwałtownej fali:
Tak się wojsko trojańskie na mur grecki wali. Pędzą ku nawom konie śmiałe wojowniki,
Trojanie z wozów długie wyciągnęli piki,
Grecy z okrętów drągi wzięli na odparcie
Kute miedzią, w ogniowym ustalone harcie. Gdy się bój z dala od naw przy murze wysila,
Patrokl siedział w namiocie cnego Eurypila;
Miłymi w nim tęsknotę rozmowami słodził,
A plastrem bole rany głębokiej łagodził. Lecz widząc, że Trojany przez mur się waliły,
Że Grecy uciekają bez ładu, bez siły,
Jęczy, bije się w uda, łza mu gęsta ciecze,
I tak do przyjaciela z ciężkim łkaniem rzecze:
— «Mimo twej rany dłużej nie mogę być z tobą,
Wkrótce się Grek ostatnią okryje żałobą. Niech ci pomoc potrzebną wierny sługa niesie,
Ja biegnę chęć do boju wzbudzić w Achillesie. Któż wie, czy go nie skłonię za pomocą boga? Mocna jest z ust przyjaźni idąca przestroga». Rzekł i opuścił namiot Patrokl rozpłakany. Tymczasem Grecy dzielnie wstrzymują Trojany,
Lecz ni ci zdolni, lubo mniejsze, odbić roty,
Ni ci Greków przełamać i wpaść im w namioty.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia