lektury on-line

Kategorie

Lektury › Iliada - Homer › Strona 150

Iliada - Homer - Strona 150

Mierz się z moją prawicą niezłomną,
Ta walka cię na zawsze nauczy być skromną! Lewą ręką za ręce chwyta zapalczywa,
Prawą zaś jej narzędzia strzeleckie wyrywa
I śmiejąc się, zadaje razy kilkakrotnie. Wykręca się Artemis, padły strzały lotne. A opuszczając pole, czym prędzej ucieka. Jak bystrego jastrzębia chroniąc się z daleka
Kryje się gołębica w wydrążeniach skały:
Tak Artemis, rzuciwszy swój kołczan i strzały,
Biegła, gdy się wydarła z rąk Zeusowej żony. Natenczas tak tam Hermes mówi do Latony:
— «Ja nie chcę walczyć z tobą, lękam się tych ręki,
Które Zeusa swymi zwyciężyły wdzięki. Pójdź, głoś w niebie, żeś bogów pokonała posła,
Żeś nade mną wygraną bez boju odniosła». Latona podejmuje łuk i liczne strzały,
Co się na piasku w różne strony rozsypały;
Poszła za córką, wziąwszy strzeleckie jej groty. Ową przyjął w Olimpie dom Zeusa złoty. Rozpłakana usiadła na ojca kolanie,
Boską wstrząsa zasłonę ciężkie jej wzdychanie. Ściska ją czule Kronid i z uśmiechem pyta:
— «Córo! Skąd ta żałoba na tobie wyryta? I któryż to cię z bogów skrzywdził tak bezprawnie,
Jak gdybyś się występku dopuściła jawnie? A na to uwieńczona tak mówi łowczyni:
— «Małżonkę twoją, ojcze, córa twoja wini:
Hera mnie pokrzydziła, jej gniew niezbłagany
Wszystkie rodzi niezgody dzielące niebiany». Tak mówili, gdy Troi Feb osiada wieże
I okopy od losu ostatniego strzeże,
By dziś nie były wzięte od Greków walecznych:
Insi poszli bogowie do swych mieszkań wiecznych
Jednych triumfujący wzrok, drugich ponury,
I usiedli przy bogu, który wzrusza chmury. Pelid razem obala i męże, i konie. Jak gdy ogniem straszliwym całe miasto płonie,
Czarny dym ślą pod nieba szumiące pożary,
Drżą ludzie, smutne gniewu boskiego ofiary:
Taki on postrach szerzył w trojańskiej młodzieży. Stojąc sędziwy Pryjam na wyniosłej wieży,
Obaczył bohatera nadśmiertelną postać:
Wszyscy przed nim pierzchają, nikt mu nie śmie dostać,
Schodzi z płaczem na ziemię, pod bramami staje
I straży tam będącej taki rozkaz daje:
— «Otwarte miejcie bramy! Niech się w miasto schronią
Rozprószone zastępy Achillesa bronią. Pędzi; teraz ja strasznych obawiam się rzeczy! Ale skoro się w murach wojsko zabezpieczy,
Znowu bramy zamknijcie! Bojaźń we mnie wzrasta,
Aby ten srogi rycerz nie wpadł nam do miasta». Otwarli je, zaporę uchylili grubą:
Tak ocalone wojsko przed ostatnią zgubą… Oni kurzem okryci, spaleni pragnieniem,
Lecą w miasto i w murach szukają obrony. Ściga ich z dzidą w ręku Pelid zapalony,
Tenże ogień wre w sercu, który go raz chwycił,
Jeszcze się zemstą, jeszcze chwałą nie nasycił. Byliby Grecy bramy dostali potężne,
Kiedy Feb w Agenorze zagrzał serce mężne;
On syna Antenora odwagą zapalił
I aby śmierć od niego w potrzebie oddalił,
Za bukiem stojąc, gęstym cieniem się otoczył. Ten więc, kiedy Achilla zbliżonego zoczył,
Stanął: serce się wzdyma jak przed burzą wody,
Jęczy i tak rozmyśla w sobie rycerz młody:
— «Biedny!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia