Zakończone igrzyska, rozchodzą się ludy,
Po wieczerzy w spoczynku dzienne topiąc trudy. Sam Pelid w łzach ustawnych swe bole natęża,
I sen, co wszystkie rzeczy żyjące zwycięża,
Nie chwycił go: daremnie rzucił się na łoże… Ciągle myśli o druhu, obfite łzy toczy,
Już bokiem, grzbietem pościel, już piersiami tłoczy,
To nagle się porywa, błędnym chodzi krokiem
Nad brzegiem, aż Jutrzenka pięknym spojrzy okiem. Znowu zaprzęga bystre konie i powrozem
Uwiązawszy trup nagi Hektora za wozem,
Zajadły, trzykroć włóczy przy Patrokla grobie;
Sam wraca do namiotu, aby spocząć sobie,
A trup rzuca na piasku smutnie rozciągnięty. Lecz nad zmarłym Hektorem Feb, litością tknięty,
Zelżone jego zwłoki od zepsucia bronił… Dwunasty raz powstała Jutrzenka różowa,
Gdy nieśmiertelnym rzecze Apollo w te słowa:
— «Nielitośni bogowie, mszczący się bez miary! Czy was Hektor mnogimi nie błagał ofiary? Wy się jednak pastwicie nad nędznym po zgonie,
Nie chcecie go powrócić ojcu, matce, żonie,
Synowi i spółziomkom, aby ręką bratnią
Złożywszy go na stosie, cześć dali ostatnią. Pelid wam miły, człowiek bez czucia, bez duszy,
Którego twardych piersi żaden wzgląd nie ruszy. Lwa srogość nosi w sercu. Jako lew do stada,
W swej sile dumnie ufny, zapalony wpada
I pasące się woły zabija przy żłobie:
Tak Achilles przytłumił wszelkie czucie w sobie. Nie dość ma, że Hektora zwalił swym orężem:
Włóczy go, nad umarłym natrząsa się mężem. Mimo swą siłę, za to oburzy gniew boży,
Bo na cóż to na ziemię nieczułą się sroży»? Na te słowa się w Hery oczach gniew zapali:
— «Jeśli Hektor i Pelid w jednej u was szali,
Natenczas Apollina skarg słuchać możecie. Lecz kto ten Hektor, chciejcie zważyć bogi, przecie:
Wszak śmiertelny i piersi ssał śmiertelnej matki;
Achilles — syn bogini; tej liczne zadatki
Mojej dałam przyjaźni, ode mnie chowana,
I za miłego bogom Peleja wydana…»
Wtedy rzekł Chmurowładca: — «Dość tego niech będzie! Hero, miarkuj się w twoim na bogów zapędzie:
Nie jedna cześć dla obu, próżne więc niesnaski,
Ale i Hektor z Trojan godzien bogów łaski. Ja go zawsze kochałem: on składał mi dary,
Od niego mi wspaniałe szły co dzień ofiary,
Kurzył się wonnym dymem ołtarz mej świątnice:
Ten my hołd odbieramy, Olimpu dziedzice… Więc zaraz prędką poślę Irydę do Troi,
Aby poszedł po syna do naw Pryjam stary
I wielkiego Achilla ułagodził dary… Wraz Irys, która wiatry swym lotem wyścignie,
Pośpiesza w dom Pryjama. Tam żal z ciężkiej straty:
Syny, siedząc przy ojcu, łzą zlewają szaty;
Starzec, smutnym rodzeństwa otoczony kołem,
Głowę płaszczem obwinął, osuł się popiołem
Nagarnionym, gdy długo czołgał się spłakany. Łkania cór i synowych odbijały ściany
Wspominają imiona z żałobnymi jęki
Mężów, co w polu chwały z greckiej padli ręki. Przybliża się do króla Irys wiatronoga,
Łagodzi głos, bo starca zimna trzęsła trwoga:
— «Ufaj, synu Dardana!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.