Więc gdy mi zabroniły powrotu niebiosy,
Niechajże miły Patrokl weźmie moje włosy». Skończył i w ręku swego przyjaciela złożył. Tym czynem żal obudził i smutek pomnożył… A pogrzebnicy z drzewa stos ogromny wznieśli. Stokroć przydaną stopą długi i szeroki,
I — płaczący — na wierzchu położyli zwłoki. Tam Pelid mnóstwo owiec i wołów zabija
I tłustością ich ciało Patrokla obwija;
Dalej członki rozciąga; tuż ręką życzliwą
Dwie bań nachyla z miodem i wonną oliwą,
Z ciężkim jękiem obrządek odprawując taki. Kładzie przy zmarłym cztery przepyszne rumaki,
Z nimi dwa psy i piękne, i tłuczone padły,
Z dziewięciu, co chleb z jego rąk i stołu jadły. A zemstą i wściekłością uniesiony razem. Dwunastu zarznął Trojan okrutnym żelazem. Zapuścił ogień, wszystko chcąc strawić ze stosem,
Nareszcie wzywał smutnym przyjaciela głosem:
— «Żegnam cię, mój Patroklu! Ta cześć przy pogrzebie
Niechaj cię nawet w ciemnym pocieszy Erebie! Co tylko ci przyrzekłem, wszystko wykonałem:
Razem dwunastu Trojan z twoim spalę ciałem. Sam Hektor nie od ognia na drzewie pożarty,
Lecz od chciwych psów będzie na sztuki rozdarty»… Ale się stos Patrokla zmarłego nie palił,
Więc w nowej myśli Pelid na bok się oddalił:
Dwa wiatry, z których jeden od zachodu wieje,
Drugi z północy, wzywa, wino z czaszy leje
I dla obu ślubuje wspaniałe ofiary,
Jeśli prędko przybędą i wzniecą pożary… Wiatry wychodzą z szumem i pędzą obłoki,
Zaraz morze ryczącym oddechem wzburzyły,
Potem na stos Patrokla obracają siły. Wzniósł się szumiący płomień, ognie wszystko niszczą,
Wiatry, całą noc wiejąc, przeraźliwie świszczą;
Również całą noc Pelid, mając w ręku czarę,
Z naczynia wino czerpał zwłokom na ofiarę. Grunt cały od słodkiego soku się rozpływał,
On lał i cień Patrokla po imieniu wzywał. Jak ojciec łzami — syna oblewa popioły,
Któremu już gotował ślub Hymen wesoły,
Wtem go wzięła śmierć z wielką rodziców żałobą:
Tak, Patroklu, Achilles płaczący nad tobą
Ostatnią ci posługą swą miłość oznacza,
Czołga się koło stosu, jęczy i rozpacza. Już gwiazda ranna bliski światła powrót głosi,
Już różana Jutrzenka na niebie się wznosi,
Gdy wolnieć zaczął pożar, stos płomienie spasły;
Wiatry nazad wracają, gdy ognie wygasły,
Na morzu trackim wznosząc ryczące bałwany. Oddalił się na stronę bohater stroskany,
Padł na ziemię, sen słodki zamknął mu powieki. Ale wnet przy Atrydzie zgromadzone Greki
Przyszły, wszczął się zgiełk wielki; on się ze snu zrywa,
Wstaje i tymi słowy do nich się odzywa:
— «Atrydo! I wy wodze, bólów moich świadki! Ten kurzący się popiół, te smutne ostatki
Zgaśmy, nie oszczędzając w tym obrządku wina,
A potem zbierzmy kości Menojtija syna. Łatwo je poznać: w środku leżał, gdy na stronie
Paliły się i brańce trojańskie, i konie. Złożym je w złotej puszce, wkoło tłustość damy,
Aż też i ja odwiedzę czarne Hada bramy. Nie chcę okazałości w dzisiejszym obrzędzie,
Nie chcę wielkiego grobu; dość na miernym będzie. Lecz wy potem dźwigniecie grobowiec wyniosły,
Którzy po mnie to morze okryjecie wiosły».
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.