lektury on-line

Kategorie

Lektury › Iliada - Homer › Strona 46

Iliada - Homer - Strona 46

Tak się więc rozmówiwszy, z wozów wyskoczyli,
Podali sobie ręce i przyjaźń stwierdzili,
I od przodków przesłane słodkie imię gości;
A Zeus zabrał Glaukowi tyle przytomności,
Że zbroję złotą, ceny stu wołów, dał z chęcią
Za zbroję z miedzi, kupną wołami dziewięcią. Gdy pod bukiem i Bramą Skajską Hektor stanie,
Biegną naprzeciw córy trojańskie i panie,
Wszystkie wypytując się troskliwymi głosy
O synów, braci, mężów i przyjaciół losy. On porządną modlitwą błagać każe bogi,
Gdyż nad wielą zawieszon śmierci wyrok srogi. A gdy do królewskiego przyszedł Hektor dachu,
Wysokimi przysionki wspaniałego gmachu,
Gdzie pięćdziesiąt małżeńskich było izb osobnych,
Z marmuru wystawionych, a dziwnie ozdobnych,
W których królewskie syny spały i ich żony,
I gdzie dwanaście było izb z przeciwnej strony,
W których z żonami zięcie mieszkały Pryjama
Przychodzącemu drogę zaszła matka sama,
Idąc do najpiękniejszej z córek, Laodyki. — «Synu! Dlaczego, w polu zostawiwszy szyki
(Mówi cisnąc go w ręku), idziesz z bojowiska? Pewnie was Grecy, naród przeklęty, uciska,
Pewnie o mury same ocierają bronie:
Tyś przyszedł podnieść z zamku do Zeusa dłonie. Zatrzymaj się tu chwilę, przyniosę ci wina. Wprzód poświęć jego krople dla Kronosa syna,
A potem sam się napij: wino moc natęża,
Wino zmordowanego pracą krzepi męża. Kochany mój Hektorze, jak ponosisz wiele
Bijąc się za ojczyznę, za obywatele! — «Nie przynoś, matko, wina! Moc tego napoju
Rzekł Hektor — mogłaby mnie osłabić do boju. Nie obmywszy rąk wodą, nie dotknę się czary
I czynić Zeusowi nie mogę ofiary,
I nie godzi się, kiedym cały krwią zbroczony. Lecz ty, najszanowniejsze wezwawszy matrony,
Tę szatę, która wszystkich zbiorów jest ozdobą,
Najpiękniejszą, największą, zabierz matko, z sobą
I złóż ją na kolanach błękitnej bogini. A razem ślub uczynisz zabić w jej świątyni
Dwanaście rocznych cielic i jarzmem nie tkniętych,
Jeśli się zlitowawszy murów Troi świętych
I żon, i drobnych dzieci, i słabych mieszkańców,
Oddali Diomeda od trojańskich szańców… Ja tymczasem Parysa wezwać w pole idę;
Jeśli brata usłucha, pozna swą ohydę. Oby zaraz pożarła ziemia nieszczęśnika! Bo tylko klęska Troi przez niego wynika
I Pryjama, i synów jego zatracenie. Gdyby go dzisiaj czarne ogarnęły cienie,
Zapomniałbym cierpianych nieszczęść przez czas długi». Poszła matka do domu, rozesłała sługi,
Aby najszanowniejsze zwołały matrony. Sama idzie do miejsca, w którym jej zasłony
Misternie wyrobione miały swe schowanie,
Robót niewiast Sydońskich szacowne zebranie. Parys je wywiózł z tego bogatego miasta,
Gdy z Grecyji powracał, a przy nim niewiasta
Sławna urodą, boska płynęła Helena. Z tych jednę różnofarbną, której pierwsza cena,
Świecącą na kształt gwiazdy, spośród innych bierze
I niesie dla błękitnej Pallady w ofierze;
Liczne ją otaczają matrony dokoła. Gdy przyszły do świętego na zamku kościoła,
Antenora małżonka, poważna Teano
(Ją tam bowiem kapłanką Pallady obrano),
Otwiera drzwi świątnicy. One ręce wznoszą
I o litość bogini smutnym głosem proszą.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia