Nie mógł się doczekać końca obiadu: przestał jeść, jak gdyby się lękał, że wszystko wypadnie mu z drżących rąk. Ponieważ przy stole panował rejwach, więc nie był zmuszony do brania udziału w rozmowie. Miał czas na rozważania.
„Więc tak się stało, jak myślałem: opryszki wyłudziły list od Francuza albo zabrały go przemocą. Nie może to być list inny. Ale co zrobili z nim samym? Co za przypadek, co za szczęśliwy przypadek… Och, kiedyż skończy się ten obiad?”
Obiad długo nie chciał się skończyć, tym bardziej że omal nie przyszło do bitki pomiędzy piegowatym dryblasem i małym, zadzierzystym chłopaczkiem, który wołał siedmioma głosami, że został nikczemnie skrzywdzony przy podziale leguminy, porwanej przez zachłannego dryblasa. Krzyki umilkły wtedy dopiero, gdy naturalne źródło opętanego wrzasku — gęba chłopaczka — zostało wypełnione, jak otwór w murze cementem, słodką i lepką substancją. Wreszcie zbójecka kongregacja rozbiegła się na dziesięć stron świata (bo czterech dla tak licznego zespołu byłoby za mało), panna westchnęła w poczuciu bezmiernej krzywdy i powiodła Adasia do swego pokoju.
— O, tu jest ten szpargał — rzekła niechętnie.
Adaś ujął drżącymi rękami stary, pożółkły i pomięty papier. Podszedł z nim do okna, aby ukryć wzruszenie. Rzucił okiem na podpis: „Kamil de Berier”. Tak, to ten list… Ten ważny list, o którym pisał ksiądz Koszyczek. Jakimiż drogami krążył ten kawałek papieru, aby po stu dwudziestu czterech latach wrócić w zakątki, skąd został wysłany przez umierającego człowieka! Habent sua fata libelli! — mówili Rzymianie o dziwnych losach książek. Mogliby rzec: Habent sua fata epistulae! Śmierć pisała tę epistołę, a ruchliwe życie podawało ją z rąk do rąk. Litery zblakły, papier przybrał żółtą barwę zgryzoty i troski, umarł człowiek, który ten list pisał, nie ma już dawno na świecie tego, do którego był pisany. A słowa listu, jak śpiące węże, obudziły się ze snu i zaczęły kąsać ludzkie serca. Przeszłość wychynęła z mogiły, wyszła o północy na nowy świat i poczęła straszyć jakimś krwawym wspomnieniem. Tajemniczą rzeczą jest list: może — na wszystko obojętny — zadać śmierć, zranić serce, strącić duszę w otchłań rozpaczy lub podpalić ją jasnym płomieniem radości, a serce uleczyć najcudowniejszym lekarstwem, znanym nieszczęsnemu człowiekowi — nadzieją.
Adaś patrzył na list zamglonym spojrzeniem.
— Czy to się da przetłumaczyć? — spytała panienka.
— Tak, tak… z pewnością… — odpowiedział bezwiednie. Nagle, jakby się ocknął, rzekł: — Proszę pani! Jestem cokolwiek znużony i nigdzie nie pójdę, z całą natomiast przyjemnością przełożę ten list w samotności. A pani niech sobie idzie…
— A czy ja tak mogę? — spytała niepewnie panienka.
— Ależ oczywiście! We dwoje będziemy sobie tylko przeszkadzali. Niech pani powróci za godzinę. Myślę, że za godzinę rzecz będzie gotowa. Czy pani ma słownik francusko-polski?
— Tu leży, przygotowany…
— Wszystko w porządku. Niech pani idzie, bo pani armia potopi się bez opieki.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.