— Już niedaleko — rzekł znużonym głosem Burski. — Za tym zagajnikiem…
Zaczerniła się sylwetka maleńkiego, drewnianego kościółka, takiego ubogiego przybytku, w którym Pan Bóg najchętniej przebywa i do którego czasem w dzień pogodny wlatują jaskółki i pszczoły. Obok stał domek, przed którym tkwiły na warcie dwa wyniosłe słoneczniki. W niewielkim oddaleniu bieliły się chłopskie chałupiny jak gromada białych owiec na łące.
— Przystańcie, a ja zapukam — rzekł cicho Burski. — Żal mi budzić staruszka, ale co robić?
Uderzył lekko palcem w szybę okna i nasłuchiwał.
— Trzeba mocniej…
Po długiej chwili mignęło w oknie chude światełko. Skrzypnęły drzwi i stanął w nich rumiany starowina w białym obleczeniu jak przyjazny duch.
— Święci młodziankowie! A co się stało? — zapytał, wypatrując w mroku.
— Harcerze przynieśli chorego człowieka! — oznajmił Burski. — Czy ksiądz dobrodziej zechce go przyjąć?
— Aaa! — zdumiał się staruszek. — Żyjecie jeszcze! Nie potopiliście się?
— My nie, ale łódź, księże proboszczu, leży na dnie — rzekł Burski z odrobiną strachu w głosie.
— Niech spoczywa w spokoju! — powiedział ksiądz. — Prawdę powiedziawszy, to nie była łódź, lecz arka Noego. A który z was jest chory?
— Z nas żaden. To obcy: Francuz.
— Święci młodziankowie! Skąd Francuz?
— Wszystko księdzu dobrodziejowi opowiemy. Czy można go wnieść?
— Ależ tak! Ależ tak! Tędy…
Staruszek podreptał szybko do izby i mościł jakieś posłanie.
— Tu go połóżcie, święci młodziankowie… A co jemu jest?
— Rękę ma zwichniętą. I omalże się nie utopił, a jednego z nas wyratował…
— Taka to ryba? Patrzcie: Francuz! A czy on katolik?
— Zapewne…
— Tutaj go kładźcie. Poduszkę pod głowę… Mam tylko jedną, ale wyborną, bo wypchaną kogucim pierzem. Tak, tak dobrze! A ten młodzianek, kto on taki? Jego jeszcze nie widziałem — mówił, patrząc z życzliwym uśmiechem na Adasia.
— Nasz przyjaciel, proszę księdza.
— Ja bardzo chciałbym z księdzem proboszczem pomówić na osobności! — rzekł Adaś z powagą.
Ksiądz Kazuro, tak się zwał, zdumiał się odrobinę. Potem się uśmiechnął słodkim, rumianym uśmiechem.
— Chodź ze mną, młodzianku święty, do drugiej izby, a nie lękaj się myszy, bo bardzo oswojone.
Ksiądz wdział na siebie jakiś nieszczęsny płaszcz, który — sądząc z wieku — mógł być połową opończy świętego Marcina, i zapaliwszy drugą, dychawiczną świeczkę, uczynioną z wybornego łoju, powiódł go do maleńkiej izdebki obok. Długo tam z sobą gadali.
— Arabska awantura, święci młodziankowie! — mówił ksiądz Kazuro, powróciwszy do zgromadzenia. — Już wiem wszystko… Tego Francuza przechowam u siebie i ciałem własnym go zasłonię, ale tak myślę, że go u mnie szukać nie będą. Pan Adam też tutaj pozostanie na noc, a wy, święci młodziankowie, czyńcie, co macie czynić.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.