lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 127

Położono Francuza na kocu, czterech topielców chwyciło za cztery rogi i pędem ponieśli go do namiotu. Napojono go gorącą herbatą i natarto z taką serdeczną gorliwością, że Francuz ożył czym prędzej.
Deszcz przestał padać i gwiazdy, doskonale wymyte, przeto jak gdyby jaśniejsze, zaczęły mrugać ponad światem. A w obozie zapłonęło ognisko, również jak gwiazda. Godzina była dziesiąta.
Adaś, należycie osuszony, wydobył z kieszeni papiery i również je osuszył. Potem odbywszy cichą naradę z komendantem, „wziął słowo” i rzekł:
— Dziękuję wam, najdroższe chłopaki, żeście uratowali życie mnie i temu panu…
— Nie ma za co! — oznajmił tatarski czambuł.
— Teraz my z kolei podziękujemy jemu za to, co on uczynił… Panie! — zwrócił się do Francuza. — Nie wiem, kim pan jest… Ale teraz wiemy wszyscy, że jest pan prawdziwym Francuzem. Sam w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ocalił pan naszego towarzysza. Wspaniale pan postąpił, wspaniale! Dziękujemy panu z całego serca… Nie opuścimy pana, oczywiście! A tu są pańskie dokumenty i czeki!
— Och, och! — zdumiał się Francuz.
„Obóz” nie rozumiał wprawdzie potężnego przemówienia i nie wiedział, co mają oznaczać te małe, nad ogniem wysuszone książeczki, lecz wysłuchawszy wszystkiego w uroczystym skupieniu, kiwał poważnie licznymi głowami.
— A teraz, mili towarzysze — mówił Adaś — mam do was wielką prośbę. Za waszą sprawą wydobyłem się ze srogich tarapatów, lecz tarapaty jeszcze się nie skończyły. Jak mi mówił Staszek, jest wam wszystko jedno, pod jakimi nocujecie gwiazdami. Ja muszę wiać stąd czym prędzej… Czy powędrujecie ze mną?
— Do piekła! — wykrzyknął z zapałem Szostak.
— Może być, że i do piekła…
— Kiedy idziemy?
— Myślę, że o wschodzie słońca… Niedaleko… Do wsi Bejgoły…
— Da się zrobić! O świcie obóz będzie zwinięty. A co z tym panem?
— Z tym jest największa trudność. Musimy go gdzieś zostawić pod dobrą opieką. Nie miałbym chwili spokoju, gdyby jemu miało coś grozić. Staszek, radź, bracie, co robić?
Staszek Burski od długiej chwili już grzebał w przepaścistej głowie.
— Ja mam myśl — mówił powoli. — Sprawa jest taka: tę nieszczęsną łódź, która leży na dnie wody, pożyczyłem od księdza. Wprawdzie był to już wodny karawan, ale musimy księdzu za nią zapłacić. Muszę do niego zajść. Zacny to jest człowiek i machnie na wszystko ręką, ale pójść trzeba. Chyłkiem nie ucieknę… Myślę przeto, czy nie dałoby się pana Francuza ukryć u księdza?
— Wybornie! — zawołał Adaś. — Ale czy się zgodzi?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia