— Oszalałeś, chłopcze?
— Niech pan przed tym obcym nie mówi ani słowa o drzwiach z domku.
Ponieważ matematyk zaniemówił ze zdumienia, więc jego oczy zaczęły krzyczeć, też basem:
— Nie rozumiem!
— Nie dowierzam temu malarzowi… Błagam pana, aby pan nic nie mówił.
„Dziwne, dziwne!” — chciał rzec szeptem matematyk, ponieważ jednak nie umiał przemówić szeptem, przeto nic nie powiedział.
Uspokojono dobrą panią Gąsowską, która nadbiegła z dzbankiem zbawczej wody, a profesorowi dał Adaś porozumiewawczy znak. Panna Wanda patrzyła na Adasia z fiołkowym zdumieniem.
— Przywidziało mi się! — mówił Adaś do malarza z niepewnym uśmiechem. — Jakiś błysk światła w tej stronie, gdzie są stajnie, wziąłem za pożar. Bardzo wszystkich przepraszam, a pana szczególnie.
Malarz nie pobiegł wprawdzie na ratunek, lecz pilnie wyglądał przez okno, przy którym go zastano.
— Bardzo mnie ten alarm zaniepokoił — rzekł, siadając przy stole. — Dobrze, że się na niczym skończyło… Czy pan dziedzic będzie łaskaw i opowie, co się stało z tymi drzwiami? Bardzo to wszystko ciekawe.
Matematyk, nieumiejący niczego ukryć, spojrzał na niego ponuro.
— Wybaczy pan, ale tak się przejąłem tą awanturą z pożarem, że mnie odeszła ochota do gadania…
Rzekłszy to, skierował wzrok w stronę Adasia, jakby mu chciał rzec:
„Czy widziałeś, chłopcze, genialniejszego dyplomatę?”.
Równocześnie spojrzał na Adasia i malarz. Zmrużył oczy i długo mu się przyglądał.
— Pan ma dziwne oczy — rzekł wreszcie.
— Czemu dziwne? Takie sobie… — zaśmiał się Adaś.
— Bo pan patrzył na ścianę, a pożar ujrzał pan przez okno za plecami. Dlatego powiedziałem, że pan ma dziwne oczy…
Mówił to powoli, nie ukrywając złośliwości. Adaś poczerwieniał cokolwiek i rzekł:
— Zdawało mi się, że coś jaskrawego mignęło na szkle obrazu… Niemądra halucynacja… Wszystko jedno zresztą, jak widziałem, całe szczęście, że naprawdę nie widziałem pożaru.
— Okłady na głowę, chłopcze, okłady na głowę! — zaśmiał się potężnie matematyk. — Od tego czasu, kiedy ci rozbito łeb, miewasz widzenia.
— Pana uderzył ktoś w głowę? — zapytał malarz z dziwnym pośpiechem.
— Koń mnie uderzył — odparł Adaś równie szybko. — Nie bardzo mocno zresztą.
— Co ty opowiadasz, chłopczyno? — rzekła pani Gąsowska z poczciwym zdumieniem. — Nam przecie mówiłeś…
Profesor, bacznie wszystkiemu się przysłuchujący, ku największemu wszystkich zdumieniu huknął pięścią w stół i zawołał:
— Na własne oczy widziałem, że koń… Dajcież mu spokój. Czy nie ma zresztą bardziej interesujących tematów, aby zabawić gościa? Ha!
To „ha” było ostrym cięciem miecza. Pani Gąsowska miała na obliczu wyraz niebotycznego zdumienia. Tylko gość się uśmiechał. Panna Wanda patrzyła uparcie w stół. Matematyk łypał oczami i niczego nie rozumiał, chociaż kleik zaostrzył mu rozum.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.