Pan profesor i Adaś jedli spóźnione śniadanie. Chłopiec nie mógł usiedzieć i czekał niecierpliwie, kiedy staruszek skończy posiłek, staruszek jednakże nie śpieszył się. Ogarnęła go wielka zaduma. W pewnej chwili utkwił wzrok w szklance napełnionej mlekiem, jak gdyby niesłychaną ujrzał nowość. Trudno przypuścić, aby o najtłustszym nawet mleku można było uczynić najchudszą filozoficzną uwagę, więc się Adaś zdumiał, gdy profesor wskazując palcem, rzekł cicho:
— Biedny Cesarz!
Widać było, że myślami lata dokoła ponurej nocnej opowieści, lecz co wspólnego ma mleko z Cesarzem? Adaś spojrzał na niego pytająco.
— Biedny Cesarz! — powtórzył smutno profesor. — Piszą w pamiętnikach, że gdy w grudniu 1812 roku pędził w saniach w stronę Warszawy, pognębiony i zrozpaczony, zatrzymał się przed mizerną karczmą w Oszmianie. Zziębnięty na kość, zażądał grzanego wina. Skąd tu wino? Ale jest mleko. Wtedy zawołał: „Eh, bien! Donnez du mleko!”. Wyraźnie i po polsku powiedział „mleko”! Tak, tak, Piotrusiu! Koza Amaltea wykarmiła swoim mlekiem Jowisza, a oszmiańska krowa miała zaszczyt… Zresztą nie mówmy o tym, bo mi się serce kraje… Jakie masz zamiary?
— Najpierw pragnąłbym opowiedzieć o wszystkim państwu Gąsowskim…
Profesor machnął ręką.
— Mój brat powie, że wszystko jest łgarstwem, a pani bratowa rozpłacze się, bo to smutne. Ale gadaj, skoro chcesz…
Wbrew przewidywaniu matematyk okazał żywe zajęcie.
— Pierwszy raz słyszę o tym! — zahuczał.
— Trudno było słyszeć, wygnawszy historię na strych — mruknął profesor. — Lecz co o tym myślisz?
— Myślę, że dwa a dwa jest cztery!
— Jest to wielkie matematyczne odkrycie, co jednak ma oznaczać?
— To, że Francuz pozostawił w naszym domu tajemnicę. Dodaj jego zachowanie się do wzmianki na temat drzwi, a będziesz miał rozwiązanie. Jedno z drugim dziwnie się łączy! Francuz z roku 1813 i ten Francuz z roku 1937 mają ze sobą coś wspólnego. Czy nasz młody przyjaciel jest również tego zdania?
— Nasz młody przyjaciel doszedł do tego wniosku już przed tygodniem.
— Pójdźmy obejrzeć te drzwi! — zawołał Adaś.
Domek w parku dogorywał i dawno już postanowił się rozlecieć. Jeśli tego jeszcze nie uczynił, to chyba z lenistwa. Przechowywano w nim ogrodnicze narzędzia, grabie i motyki. Adaś wpadł do wnętrza pierwszy, za nim Wandzia-wiatronoga.
— Nie ma drzwi! — krzyknął chłopiec z osłupieniem.
— A cóż się mogło stać z nimi? — zdumiał się matematyk.
Przystanęli wszyscy, patrząc bezradnie na zawiasy, z których zdjęto tajemnicze drzwi.
— Musiano je zdjąć już bardzo dawno — mówił Adaś w zamyśleniu i jakby sam do siebie. — Zawiasy są poczerniałe i pokryte warstwą kurzu. To nie jest nowa sprawka… Nieszczęście!… Nieszczęście!…
— Czy w tym strasznym domu nie ostoją się żadne drzwi? — zawołał profesor z goryczą.
— Ja ich nie zdjąłem! — huknął matematyk.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.