— A czy to wypada — zaśmiał się Adaś — aby taka szanowna osoba włóczyła się po okolicy jak taki, co sprzedaje grzebienie i mydełka? Na mnie jednego nikt nie zwróci uwagi. Pomyśli sobie, że pomylony sztubak łazi w czasie wakacji i zbija bąki. Ja się łatwiej ukryję, łatwiej ucieknę, łatwiej się nakarmię. A z panem profesorem naprawdę byłoby trudno. Niech mi pan profesor pozwoli. Za trzy, cztery dni będę z powrotem, cały i zdrów, tylko nieco zakurzony.
— A jeśli kark ci gdzie ukręcą? Ha!
— Wtedy poproszę o Anioł Pański i trzy Zdrowaś Maria. Ale niech się pan profesor nie obawia. Skoro będę sam, nie będę się wstydził uciekać, gdybym zaś był z panem, wstydzilibyśmy się obaj. Ja mam potężne nogi. Gdybym miał taką głowę, byłbym Sokratesem.
Adaś musiał jednakże przez długie godziny przekonywać zatroskanego profesora, zanim zacny człowiek zgodził się na tę wyprawę. Raz się zgodziwszy, natychmiast odwoływał pozwolenie i trzeba było zaczynać na nowo.
— Idź! — zawołał wreszcie profesor. — Ale jeśli tu przyniosą twego trupa, wtedy będę dla ciebie bez litości.
— Zgoda! — zaśmiał się Adaś.
O zmierzchu żegnano Adasia przed gankiem z wielkim krzykiem i żałosnym rwetesem. Matematyk i pani Gąsowska przekonani byli, że chłopiec naprawdę ich opuszcza, lecz że może powróci. Panna Wanda była wtajemniczona, lecz grała swoją rolę znakomicie. Miała odprowadzić Adasia na stację kolei, więc się teraz przyglądała rzewnym pożegnaniom. Walizę chłopca położono na koźle wózka obok woźnicy, wyrostka w rozchełstanej koszulinie, dzierżącego bat większy od niego.
Adaś, gramoląc się na wózek, spojrzał chyłkiem w zarośla przed domem, lecz nie dojrzał nikogo.
„Jeśli mnie pilnują — pomyślał — na myśl im nie przyjdzie, że to udany wyjazd. Na wszelki wypadek będą czekali powrotu Wandzi, aby się przekonać, że nie powróciłem”.
Wieczór mocno zgęstniał, gdy jechali do stacji.
— Panno Wandeczko — szepnął Adaś. — Teraz ukryję walizkę na dnie wózka i pani z nią powróci. Niech jej tylko nie wnoszą do domu. Niech sobie zajedzie do jakiejś szopy i tam ją ukryjcie.
— A czy pan myśli, że teraz nikt nas nie śledzi?
— Musiałby przyjechać za nami, a za nami nikt nie jechał. Pociąg odchodzi za pięć minut… Przenocuję tu gdzieś w pobliżu, a jutro rano rozpocznę wędrowanie.
— Niech się pan strzeże, drogi panie Adasiu, niech się pan strzeże!
— Niebawem wrócę i wtedy…
— Co wtedy?
— Wtedy… pani… może coś powiem…
Panna Wanda otwarła dość szeroko fiołkowe oczy i cicho westchnąwszy, spojrzała w tę stronę, „skąd pierwsze gwiazdy na niebie zaświecą”. W tym bowiem kierunku, wskazanym przez Słowackiego, spoglądają zawsze ci, którym jest smutno.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.