lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 81

— Nie, rozmyślałem… Głowa mi pęka, co się jej łatwo może zdarzyć, bo już jest nadpęknięta. Kto przyjechał?
— Wcale nie przyjechał, tylko przyszedł piechotą. Jakiś malarz… Wędruje po kraju i jest bardzo zmęczony. Prosił o gościnę na kilka dni. W tej chwili rozmawia z tatusiem. Może go pan Adaś zechce zobaczyć, bo to jakaś bardzo pocieszna kreatura.
Wędrujący malarz miał bystre i niespokojne oczy. Odziany był z pewną przesadą i dość dziwacznie, jak gdyby chciał cały świat zawiadomić o tym, że nie jest zwyczajnym człowiekiem, lecz wybitną indywidualnością artystyczną, odróżniającą się nawet strojem od zwyczajnych ludzkich łapserdaków i pospolitych „zjadaczów chleba”. Przydźwigał na plecach obficie wydęty tłumok, sztalugi i ogromną kasetę z farbami. Adaś, od razu wszystko widzący, zauważył, że szanowny Apelles ma ręce bardzo niezgrabne i grubokościste. Przemawiał stylem bardzo ozdobnym, pełnym wyszukanych zawijasów, którymi stroił najprostsze odpowiedzi. Właśnie opowiadał ponuro spoglądającemu matematykowi, że w pogoni za pięknem malarskich motywów zabłąkał się w te śliczne strony i jeśli „pan dziedzic” nie ma nic przeciwko temu, odpocznie sobie w tych ślicznych stronach i odetchnie po włóczędze. Zapłaci, oczywiście, za pobyt…
— Myli się szanowny pan! — zahuczał matematyk. — U nas nikt jeszcze za ludzkiej pamięci nie płacił za gościnę.
Apelles stropił się cokolwiek i począł przepraszać, że bezwiednie obraził czcigodny dom.
Dano mu izbę, tuż za pokojem profesora, i oznajmiono, że wieczerzę podają zaraz po zachodzie słońca.
— Prawda, że to jakiś zabawny człowiek ten malarz? — rzekła Wandzia do Adama.
— Bardzo zabawny, a widziała pani jego ręce?
— Nie patrzyłam. A jakież on ma ręce?
— Jak goryl! — rzekł Adaś krótko.
Wieczorem przy stole rozmowa nie kleiła się; jedyną klejącą się rzeczą był kleik, pożerany w nadmiernych ilościach przez matematyka, który tej szpitalnej potrawie przypisywał wyborne właściwości, doskonale wpływające na substancje mózgowe. Malarz gadał mało, jakby onieśmielony, i bystrymi oczami przyglądał się zebranym. Po długiej i nudnej przygrywce pustych słów i takich genialnych spostrzeżeń, że ludzie żywiący się kwaśnym mlekiem mają skłonność do długowieczności, matematyk oznajmił:
— Trafił pan na zły dzień w tym domu, więc niech się pan nie dziwi, że wszyscy przypominamy kwaszone ogórki. Chociaż mnie osobiście wydaje się to raczej zabawne niż tragiczne.
— Zależy, z jakiego punktu widzenia patrzy się na życie — zauważył malarz. — Śmiem tak oświadczyć, chociaż nie wiem, co zaprzątnęło umysły szanownych państwa.
— Dziwna historia — zahuczały basem organy. — Czy pan uwierzy, że w tym domu wciąż nam kradną drzwi? A dzisiaj…
— Boże drogi! — wrzasnął Adaś i odwróciwszy się, spojrzał z przerażeniem w stronę okna. — Pali się!
— Gdzie?… Jak?… Co?!… — krzyknęła pani Gąsowska.
Porwali się wszyscy od stołu i biegli. Matematyk ryczał jak tur:
— Ludzie! Na ratunek!
Za drzwiami Adaś chwycił go za rękę i szepnął:
— Nigdzie się nie pali… Nie mogłem inaczej…
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia