lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 107

Tak było. Zdmuchnęli jedną świecę, potem każdy z nich wziął inną i wyszli. Teraz światła zaczęły wędrować, rozbłyskując w coraz to innym oknie, wreszcie jedna przystanęła niedaleko, druga poszła nieco dalej. Po krótkiej chwili obie oddały nocy świetlistego ducha.
Adaś zsunął się z drzewa bez szelestu. Znużony był i przemokły od obfitych ros.
— Skoro opryszki śpią, powinien i człowiek uczciwy złożyć do snu głowę — rzekł do siebie. — Ale gdzie?
Najlepiej byłoby pójść do harcerskiego obozu i poprosić o gościnę, zameldowawszy się u tego żurawia, co pełni straż u wejścia do obozu. Nie trafi tam jednak po nocy, tym bardziej że księżyc posrebrzywszy szarość świata, usiadł na wędrującej chmurze i zapadł gdzieś za lasami. Czuwanie przez całą noc nie miało wielkiego sensu, dom bowiem z opryszkami nie ucieknie. Adasiowi kleiły się oczy. Dzień był mocno pracowity, a wieczór, połączony z utrudnionym wędrowaniem, jeszcze pracowitszy. Siedemnaście młodych lat zachłannie łaknie snu. Rzymianie pozostawili receptę dla młodego wieku: Septem horas dormire puero sat est… — „Wystarczy chłopcu siedem godzin snu”. Adaś nie miał nawet takich wymagań; wystarczyłyby mu trzy, cztery godziny, byle miał jakie takie uczciwe schronienie. Hotelu Europejskiego nie było w pobliżu. Trzeba będzie albo znaleźć sobie legowisko w rozwidleniu konarów na rozłożystym drzewie, jak nasi przodkowie z epoki kamiennej, albo zaszyć się w zarośla i przespać noc na posłaniu z liści, co się zwykle długo pamięta, taka noc bowiem przypomina się w przyszłości wesołym łamaniem w kościach, co może być użyte jako podręczny barometr.
Adaś patrzył długo bezradnym wzrokiem, wreszcie oddaliwszy się cokolwiek od domu, ujrzał na wpół rozwaloną budkę: na kilku wykrzywionych patykach rozmierzwiony i przez wiatr pokąsany daszek ze zbutwiałej słomy. Wewnątrz leżało nieco steranego siana. Na dłuższy pobyt przybytek ten nie zdałby się i psu, na kilka godzin jednakże letniej, ciepłej nocy był wystarczający. Wczesny świt wejdzie w ten pałac z promienistym krzykiem i wcieknie przez dziurawy daszek, nie ma przeto obawy, aby Adaś zaspał na kamień. Bez namysłu wczołgał się do zamokłego hotelu i legł na ziemi, znacznie się tym pocieszywszy, że fakirzy hinduscy z niepojętą przyjemnością śpią na wyszczerzonych gwoździach. Przez otwory w daszku widać było gwiazdy, a przez „wejście” poszarzałą śpiącą wodę. Jakaś zawzięta żaba, nie mogąc usnąć, nadmiernie tęsknym rozkwakanym głosem nawoływała księżyc; czasem wodny ptak zahuczał w sitowiu, gdy mu się przyśniła ryba. Adaś przez niedługą chwilę nasłuchiwał tych głosów, potem głowę jego mołojecką sen owinął w czarne miękkie chusty.
Zdawało mu się, że spał króciutko, gdy go opadły złe i charczące głosy. Zerwał się, przerażony, z grubym potem na czole.
„Psy!” — pomyślał z rozpaczą.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia