— Indywiduum jest w domu. Skoro ujrzy, że pan Gąsowski niespodzianie opuścił swój pokój, skorzysta z dobrej sposobności. Pomóżmy mu! Niech się przekona, że i tam też nic nie znajdzie!
— A czy nie lepiej utrzymać go w niepewności?
— Nie, bo znowu odwiedzą nas w nocy, aby obejrzeć tamte drzwi. Przy takich awanturach zawsze łatwo o nieszczęście, bo nad łóżkiem pana Gąsowskiego widziałem zawieszony rewolwer…
— Tak, tak… — mruknął profesor. — Rewolwer w ręce matematyka sam nie wie, kiedy wystrzeli. Wandziu, spróbuj wywabić ojca z jaskini!
Długie rozprawy, prowadzone przez otwarte okno, zdołały wreszcie przekonać matematyka, że powinien zwiedzić słoneczny boży świat, który pociemniał cokolwiek, skoro się na nim ukazała groźna chmura czarno malowanej brody.
— Panno Wando! — szepnął Adaś. — Niech pani teraz przemknie się do domu przez kuchnię i niech pani stara się dojrzeć, co zrobi malarz. My będziemy stali tutaj, aby nas miał na oku.
Wanda pobiegła dookoła przez ścieżki.
— Czemu przeszkadzacie mi w pracy? — zagrzmiał matematyk. — Co się stało?
— Właściwie to nic, proszę pana — zaczął mówić Adaś wesoło. — Rozmawiamy sobie z panem profesorem o tajemniczych właściwościach liczb.
— O, o! — zdumiał się radośnie matematyk. — O cóż idzie?
— Czemu na przykład liczbie siedem przypisuje się przedziwne właściwości?
Matematyk pogładził brodę i mówił z lubością:
— Jest to od najdawniejszych czasów liczba święta. Już Egipcjanie zwrócili na to uwagę. Siedem znali planet i siedem lat tworzyło u nich okres. Uchodziła za liczbę szczęśliwą i przynoszącą szczęście. Świeczniki wschodnich ludów były zawsze siedmioramienne. Siedem razy błogosławiono i siedem razy zaklinano. Wyliczano siedem cudów świata. Żydzi gadali o siedmiu diabłach, a Grecy poświęcili siódemkę Apollinowi i mieli siedmiu mędrców. Średniowiecze znało „siedem jędz”, a Pismo Święte mówi o siedmiu braciach śpiących. Tydzień ma dni siedem. Głowa ma w sobie siedem otworów…
— Ja mam osiem! — zawołał Adaś. — Niedługo jednak ósmy otwór zagoi się i przestanę być fenomenem.
— Siedem grzechów śmiertelnych — wyliczał matematyk. — Siedem…
— Nasz dziadek miał siedem córek — przerwał mu pan profesor. — A wszystkie pono podobne były do grzechów śmiertelnych… Co cię tak zaniepokoiło, Piotrze?
Adaś, z którego twarzy znikł niefrasobliwy uśmiech, przysłonił ręką oczy, chroniąc je przed blaskiem słońca, i wpatrywał się uparcie w tę stronę, w której park łączył się z rzadkim lasem, odgrodzony od niego dość wysokim parkanem. Człowiek jakiś przesadził ów parkan i potykając się na nierównościach gruntu, biegł szybko. Jeszcze chwila, a zapadnie między drzewa.
— Malarz! — krzyknął Adaś. — Ale dlaczego ucieka?
Nie czekając, aż dwaj bracia odkrzykną mu słowami zdumienia, pobiegł ku dworowi, wołając z daleka:
— Panno Wando! Panno Wando!
— Jestem! — odezwała się dziewczyna z głębi domu.
— Gdzie on? — pytał Adaś zdyszany.
— Nie wiem… Tu go nie było!
— Więc to on… Uciekł… Nie wchodził z pewnością do pokoju ojca?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.