Adaś zrozumiał, że słowa te, rzucone jak kwiatki, przeznaczone są dla niego. Wprawdzie wszystkie znaki przemawiają za tym, że znajduje się już na drugim świecie, a gadają do niego z ziemi, należy jednak odpowiedzieć, że mu jest wielce miła ludzka pamięć. Zebrał przeto zmysły, co mu przyszło z wielką trudnością, i przypomniawszy sobie ziemską mowę, usiłował przemówić do zatroskanego, pochylonego nad nim oblicza. Nie mógł jednakże wypuścić z ust słowa, jak białego gołębia z klatki; przy nieznacznym, ostrożnym ruchu warg poczuł dotkliwy ból w całej głowie; wydało mu się, że skoro się zacznie mocować ze słowem, trzaśnie mu ta nieszczęsna głowa. Musiał nią srodze uderzać o krawędź świata, lecąc przed chwilą w otchłanie. Podniósł rękę i dotknął nią głowy; czułymi końcami palców dotknął czegoś, co nie było głową, lecz czymś szorstkim. Musiało się w jego oczach pojawić zdumienie, gdyż pochylona nad nim twarz powiedziała rozdzierającym głosem:
— To bandaże, drogi chłopcze…
Dość dziwaczne to słowo zastanowiło go. Co oznacza? Co to są „bandaże”? Wydaje mu się, że już gdzieś kiedyś słyszał ten wyraz. Zaczął mu się przyglądać z wytężoną uwagą, co go tak zmęczyło, że usnął.
Obudził się po godzinie, przytomniejszy. Zdawało mu się, że przeminęła króciutka chwilka, nic się bowiem nie zmieniło: przy łóżku siedział pan profesor, jeszcze bardziej zatroskany niż przedtem. Adaś poczuł, że całe jego ciało jest niezwykle lekkie, jedynie głowa cięży mu tak przedziwnie, jakby w nią wlano ołowiu, nasypano kamieni i wilgotnego piasku. Jest to niepojęta złośliwość i beznadziejna, głupia zabawa. Bardzo by mu to pomogło, gdyby mógł zdjąć głowę i nosić ją pod pachą jak Samuel Zborowski w dramacie Słowackiego. Mógłby się wtedy zwlec z łóżka, nogi bowiem posiada sprężyste.
Ostrożnie, obawiając się bólu, ulepił kilka słów ustami i odważył się je wymówić.
— Gdzie ja jestem? — szepnął cichutko.
— W domu, chłopcze najmilszy, w domu — odpowiedział prędko pan profesor. — Rozbili ci głowę, ale Wandzia cię przyniosła.
W pierwszej chwili pojął mętnie, pomieszawszy zasłyszane wyrazy, że Wandzia rozbiła mu głowę z niewiadomego powodu i w niewiadomym celu. Zaczął się zastanawiać głęboko nad tym niepojętym zdarzeniem i zapytał z cichą goryczą:
— Czemu to Wanda zrobiła?
— Musiała! — zawołał pan profesor. — Czy miała cię zostawić ogłuszonego wśród lasu i wśród nocy? Wzięła cię na plecy, dzielna dziewczyna, i przywlokła tutaj, sama ledwie żywa.
— Tak… tak… — szeptał Adaś. — Ale czemu rozbiła mi głowę?
— Chłopcze! — krzyknął przerażony staruszek. — Ty majaczysz… Ona cię przyniosła, a ogłuszył cię kto inny: zbrodniarz!
Adaś pomyślał mętnie, że to bardzo ciekawe wiadomości. Uspokoił się i dumał przez długą chwilę, łypiąc powiekami. Tymczasem szum w głowie, spowitej bandażami, zaczął ucichać i oddalać się jak szum wielkiej wody.
— To ja tu dawno leżę? — zapytał z odrobiną zdumienia.
— Od wczoraj… W tej chwili jest południe.
— Aha!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.