lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 137

Burza toczyła się leniwie, zanim zapadła w zachodnią czeluść nieba. A nikt o tym nie wiedział — bo profesor przypuszczał tylko — że burza, jeszcze sroższa, szaleje w duszy brodatego męża. Jak czarnoksiężnik, w którego komnacie harcuje horda szatanów, siedział on wśród kłębowiska chmur, co się wiły dokoła jego głowy. Otworzył piec i wetknął w zachłanne jego gardło zapisane karty papieru. W rozpaczliwym porywie pragnął ręką schwytać rozpaloną błyskawicę na niebie i tą pochodnią lucyferową podpalić w piecu. Ponieważ jednakże błyskawice wiły się jak śliskie, nieuchwytne węże, więc uśmiechnąwszy się boleśnie, użył do tego celu marnej zapałki. Przytknął ją do papieru i patrzył z kamiennym spokojem, jak płomień najpierw polizał papier, jak pies — czerwonym ozorem, a potem zaczął go pożerać bez pośpiechu, zgoła niechętnie. Ogień zjada z lubością jedynie listy miłosne. Stare gazety, rachunki i akta zjada z opryskliwym trzaskaniem, mocno dymiąc. Za oknami ulewa zalewała świat, ale na myśl jej nie przyszło, aby choć jedną kroplą zalać to całopalenie.
„To moje życie płonie! — pomyślał czarno »były matematyk«. — Ha! Oczyszczam duszę w ogniu!”.
Machnął ręką i poszedł spać.
Spał głęboko, chociaż już dzień się rozzłocił, jasny i czysty po wczorajszej burzy.
W tej chwili rozbrzęczał się rozpaczliwy głos patelni, gwałtownie bitej po wydętym brzuchu.
— Alarm! — zakrzyknął „były matematyk”, zrywając się z łoża jak dzik z legowiska na odgłos strzału. — Alarm! Wróg się zbliża… Co się stało? — spytał gromko, gdy Wandzia wetknęła głowę przez drzwi.
— Jakiś obcy! — zameldowała.
— Zbójca?
— Nie! Chłopiec… Harcerz… Powiada, że od Adasia!
— Wpuścić! Wołać stryja! — rozkazał.
Staszek Burski zdumiał się niezmiernie, że go z takimi przyjmują honorami, choć zamiast biciem w bębny biciem w patelnię.
— Na Boga! Ja znam tę twarz! — zawołał profesor na jego widok. — Chłopcze! My musieliśmy się już spotkać kiedyś w życiu?
— Tak jest, panie profesorze — odparł Staszek wesoło. — W ostatnim roku siedziałem z Adasiem na jednej ławce.
— Zdumiewające! Góra z górą się nie zejdzie… Skąd przybywasz, jakie przynosisz wieści?
— Najdziwniejsze!
Cokolwiek onieśmielony, że słucha go tyle osób, począł opowiadać wspaniałą historię, pełną jęków w podziemnym lochu, burzy, piorunów, złych ludzi, wściekłej wody, co zatopiła łódź, a przede wszystkim pełną… Adasia. Gdy nabierał oddechu przed nowym rozdziałem piekielnej awantury, słuchacze wydawali okrzyki podziwu, zdumienia lub grozy. Profesor spozierał po słuchaczach, wołając każdym spojrzeniem: „A co? Nie mówiłem?”. Emerytowany matematyk pomrukiwał pomrukiem zadowolonego lwa. Damy wyrażały swój podziw zamykaniem oczu, jak gdyby nie mogły patrzeć w mroczną twarz grozy.
— Adaś zjawi się tu lada chwila — mówił Burski. — Jakeśmy się umówili… Może nawet już jest w naszym obozie, aby za dnia nie wchodzić do domu, bo go mogą pilnować… Bo my, proszę pani, z polecenia Adasia założyliśmy obóz poza parkiem, nie zapytawszy nawet o pozwolenie…
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia