Ze wszystkich rozumowań wynika, że niepozorne truchło starego domu chowa w sobie rzecz cenną. Co może chować w swym mrocznym wnętrzu pochylone domisko? Dokument? Wątpić należy, aby ktokolwiek szukał dokumentu z takim nakładem trudu i w sposób pełen niebezpieczeństw. W żadnym wypadku nie szukałby kawałka pergaminu lub spłowiałego na słoniową kość kawałka papieru nieznany Francuz. Czy to skarb, zamurowany w ścianie domu, zagrzebany pod podłogą lub wiszący na łańcuchu w piekielnym kominie? Mógłby to być skarb, gdyby Gąsowscy byli kiedykolwiek bogaci. Adaś wie jednak z opowieści profesora, że się tu nie tylko nigdy nie przelewało, lecz czasem bywało zgoła sucho: ściślej mówiąc — i goło, i sucho. Na lekkich, piaszczystych poletkach siedzący dziedzice tych włości więcej zbierali czerwonych grzybów niż czerwonych złotych. Gąsowscy byli uczciwą szlachtą, lecz nawet ów brodacz w zbroi musiał często gryźć własną brodę zamiast marcepanów; a babki na portretach wcale nie pływają w dostojnej tłustości, lecz postawą żywo przypominają rycerskie kopie. Wszystkie w czambuł pokolenia nie mogłyby zebrać już nie skarbu, lecz kilku dukatów na czarną godzinę. O skarbie nie może być mowy… Jest wprawdzie jeden skarb w tym domu — Adaś uśmiechnął się rzewnie — bezcennie wspaniały: panna Wanda. Francuz jednakże z obliczem szczura nie szukałby skarbu na dwóch nogach.
Co jeszcze może się ukrywać w tym domu? Tajemnica zbrodni, jakiejś dawnej, strasznej zbrodni? Nad tym nie warto się nawet zastanawiać. Babki mają wprawdzie miny złośliwe, niektórzy mężowie — miny zbójeckie, ale nie w tym stopniu, by posądzić czcigodnych przodków o to, że jeden zadusił drugiego, a potem zagrzebał pod podłogą.
Byłaby to zresztą prywatna sprawa rodzinna, mało kogo poza tym obchodząca. Najmniej Francuza.
Francuz… Francuz… Dlaczego wciąż ten Francuz? Co może łączyć Francuza z cichą i niepozorną rodziną państwa Gąsowskich? Czy to możliwe — a matematyczna broda nieustannie się tym chełpi — że ktoś czyha na jego naukowe odkrycia? Czy to być może, żeby jakiś uczony maniak, zasłyszawszy o matematycznym delirium brodacza, uwierzył, że to geniusz szuka rozwiązania wielkiego zagadnienia? Tak, to możliwe… Zdarzały się wypadki, niemal nieprawdopodobne, że narażając się na największe niebezpieczeństwa, wykradano cenne formuły chemiczne, naukowe odkrycia, zmurszałe rękopisy. Wielkim uczonym przychodzą do głowy czasem wzniosłe, czasem najdziksze pomysły…
Należałoby się upewnić w tym względzie. Adaś zdołał uzyskać po długich staraniach posłuchanie u matematyka. Odbyło się ono w „bawialni”, do swojej pracowni bowiem geniusz nie wpuszczał nikogo, a gdy dziewczyna służebna zjawiała się w niej w zimowy poranek, aby napalić w piecu, broda zwisała nad nią, pilnie czuwając, aby Kasia na grubych nogach nie zajrzała do jego papierów… Stróżowanie to nie było takie głupie… Kasia bowiem mogła użyć bezcennych tych papierów na podpałkę do pieca.
— Mów, chłopcze, o co ci idzie, byle szybko! — huknął matematyk.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.