lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 140

— Boję się! — jęknął duch w długiej nocnej koszuli i wreszcie stał się podobny do zawodowego ducha, gdyż z zimna zaszczękał zębami.

13.
Któż to z płaskiego nie chce jeść talerza?

— Na Boga! Co się stało? — spytała z trwożnym zdumieniem pani Gąsowska, kiedy nagle w połowie śniadania cichy zawsze pan profesor począł się drzeć jak opętany.
Wszyscy spojrzeli na niego z zatroskaniem, można było bowiem przypuścić, że czcigodny historyk postradał nagle zmysły. A on, na nic nie zważając, potężnym wrzaskiem trwożył przyrodę, utkwiwszy spojrzenie w jeden punkt. Ponieważ śniadanie spożywano na ganeczku przed domem, więc wszyscy zwrócili oczy w stronę bramy, tam bowiem rozkrzyczany profesor ujrzał coś, o czym całemu oznajmiał światu.
— Adaś idzie! — zawołała panna Wanda i porzuciwszy dary boże, pobiegła jak sarna.
— Ona go jeszcze pocałuje… — szepnęła ze strachem pani Gąsowska, widząc serdeczne powitanie.
— A cóż by w tym było złego? — rzekł profesor głosem już jako tako ludzkim. — Hej, chłopcy, prędzej tu do nas!
— „Ach, co widzę — tu śniadanie!” — mówił Adaś, z radosnym rżeniem wygłaszając wiersz Papkina z Zemsty. — Staszek, do roboty!
Najpierw jednakże odbyło się powitanie wzruszające i rozrzewniające, zanim młodość poczęła pożerać razowy chleb, który wydaje zapach na ziemi najpiękniejszy. Pani Gąsowska patrzyła z rozczuleniem dobrej kobiety, która by wszystką młodość świata pragnęła przytulić do serca. „Były matematyk” pomrukiwał z zadowoleniem grzejącego się na słońcu niedźwiedzia, tym zaś bliższe prawdy było to porównanie, że w głębokiej misie złocił się na stole miód, złota krew lata… Fiołkowe oczy panny Wandy pociemniały i zwilgotniały.
„Czemu ta dziewczyna ciągle płacze? — pomyślał profesor. — Dziwnym stworzeniem jest kobieta! Smutno jej było — płakała, teraz znowu płacze, bo jej wesoło. Jest to ponad rozumne pojęcie, że dwa odmienne uczucia kobieta umie tym samym wyrażać sposobem…”.
Adaś opowiadał nadzwyczajne historie, słuchano go zaś w głębokim milczeniu.
— Mamy wielkie nowiny! — ogłaszał donośnym głosem. — Bardzo wielkie nowiny… Udało mi się poczynić niezwykłe odkrycie… Żadnej w tym nie ma mojej zasługi, gdyż więcej zdziałał przypadek. Nie jestem jeszcze pewny, lecz prawie pewny! Jeśli moje obliczenia nie zawiodły, mogę powiedzieć, że wielka tajemnica napoleońskiego oficera została wyjaśniona.
— Mów ciszej, młodzieńcze! — ostrzegł go „były matematyk”.
Adaś jednakże w zapale nie zwrócił wcale uwagi na roztropną przestrogę, gdyż mówił coraz głośniej:
— Znalazłem nowe dokumenty, o których istnieniu nikt nie wiedział.
— Gdzie je znalazłeś? — zapytał profesor.
— Podczas mojej wędrówki. Nie będę opowiadał, jak i gdzie, bo to nie ma znaczenia. Proszę państwa! Ja wiem, w którym miejscu oficer napoleoński zakopał to, co przyniósł ze sobą spod Moskwy.
— Nie może być! — zawołał profesor. — A może wiesz, co ze sobą przyniósł?
— Tego wiedzieć nie mogę. Dzisiaj o zmierzchu będziemy o wszystkim wiedzieli.
— Czemu dopiero o zmierzchu?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia