lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 148

— Ależ pan ma głos, młodzianku święty, aż miło słuchać. Gdybym miał w kościele organy, musiałbyś co niedzieli śpiewać u mnie na chórze… Potężny głos!… Może to jednak lepiej, że nie śpiewasz, bobyś mi kościół tym głosem rozwalił. Ale o czym to ja mówiłem? Aha! Otóż temu Francuzowi naprostowaliśmy rękę. Krzyczał tak, że się cała wieś zbiegła, ale od razu ozdrowiał. Nazajutrz przychodzę ja rano, aby pogadać z nim na migi, bośmy doskonale rozmawiali, a Francuza nie ma. Tylko pod lichtarzem karteczka i banknot. Sto złotych! Młodziankowie święci! Jak długo żyję, nie widziałem takiego banknotu. Wytłumaczyła mi panienka z Wiliszek, panna Niemczewska, że Francuz napisał na karteczce: „Dla biednych kochanego księdza proboszcza”. Ładnie napisał, ale teraz mam zgryzotę. Wielką zgryzotę!
— Jakąż to, księże dobrodzieju?
— Te pieniądze spadły mi z nieba, bo właśnie trzeba było ratować jedną wielką nędzę. I ot co! Mam pieniądze i nic nie mogę zrobić.
— Nie rozumiem! — rzekł pan Gąsowski.
— A to takie jasne, młodzianku święty!
Rzewny ten tytuł dziwnie nie przystawał do brodatego męża, do którego czarnej brody powinno się mówić raczej „krwawy Herodzie!”. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, każdy bowiem zachodził w głowę, skąd się wywodzi zgryzota dobrego człowieka?
— Od wczoraj chodzę po całej okolicy — mówił ksiądz — i usiłuję zmienić ten olbrzymi banknot. Byłem w siedmiu dworach, u siedmiu znakomitych dziedziców. Wszędzie mi powiadają: „Może by się udało w jesieni, kiedy sprzedamy zboże!”. A czy ja mogę czekać do jesieni, kiedy mi nędza nad uchem płacze? Powiadam im: „Zbierzcie do kupy, co który ma, młodziankowie święci, a potem się policzycie!”. Zebrali razem w siedmiu dziewięć złotych i parę groszy. Czysta rozpacz! Więc przywędrowałem tutaj, może wy zmienicie?
— Doskonale! — zagrzmiał pan Gąsowski. — Mój brat, profesor, zawsze przyjeżdża z gotówką. Pawle! Zmień księdzu proboszczowi sto złotych.
Pan profesor bardzo poczerwieniał: zaczął kręcić się niespokojnie.
— Dziwna rzecz… — zaczął bąkać niepewnie. — Roztargniony jestem… zapomniałem…
Pani Gąsowska chciała coś rzec, może o tym komorniku, co tu był niedawno, ale pan profesor spojrzał na nią tak srodze, że umilkła. Adaś, patrzący na to spod oka, zawołał gromko:
— Staszek!
— Jestem…
— Niech jeden harcerz weźmie pieniądze, a dwóch niech idzie jako straż i co tchu do miasteczka. Szostak musi pójść jako znawca, aby nie dali jakiejś fałszywej monety.
— Rozkaz! — wrzasnął Burski. — Proszę o pieniądze, księże proboszczu.
— To nie tak łatwo, młodzianku święty! — rzekł uradowany ksiądz Kazuro. — Najpierw muszę zdjąć but, za pozwoleniem pani dobrodziejki, bo ja dla ostrożności schowałem je w bucie.
Wspólnym wysiłkiem ściągnięto mu z lewej nogi przenośny bank i Staszek pogonił do obozu.
— Uważaj, młodzianku święty! — wołał za nim zaniepokojony ksiądz. — Przecie to majątek!
Pół dnia trwała podróż i powrót wyprawy, co przyniosła z triumfem całą kopalnię srebra. Ksiądz Kazuro nie chciał pozostać ani chwili dłużej.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia