lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 84

Położył się na łóżku, lecz postanowił czuwać. Wkrótce jednak śniło mu się, że wydoiwszy krowę ze złoconymi rogami, podaje na klęczkach Cesarzowi dzbanek burzącego się mleka, a wzruszony Cesarz zdejmuje z własnej piersi Krzyż Legii Honorowej, przypina go na piersi profesora i woła: „Per Baccho! Voilà un brave Polonais!”. Potem zażył tabaki i kichnął tak potężnie, że pan profesor zbudził się w trwodze. Noc była głęboka i owita ciepłą, letnią ciszą.
„Coś musiało upaść” — pomyślał pan profesor.
Zaczął nasłuchiwać czujnie, lecz głos się nie powtórzył, dało się jednak słyszeć cichutkie, uporczywe chrobotanie i jakby skrobanie.
„Myszy odprawiają wesele — pomyślał staruszek. — Oby zagryzły tego draba…”
Z tym serdecznym życzeniem usnął i spał do promienistego rana. W pół godziny potem zjawił się u niego Adaś.
— Nic się nie działo w nocy, panie profesorze? — zapytał cicho.
— Nic nadzwyczajnego… Obudził mnie wprawdzie jakiś odgłos, ale może mi się tylko przyśniło. A potem harcowały myszy.
— Myszy? A może szczur?
— Szczur, powiadasz? Niby ten tam… Rozumiesz… Hamlet posłyszał raz za obiciem podejrzany szelest i z okrzykiem: „Szczur, szczur, zabiłem szczura!” — przeszył szpadą intryganta. A czemuż by ten udawał szczura?
— Przekonamy się… Czy pan profesor pamięta o mojej prośbie?
— Pamiętam… Zagadnę go tak chytrze, że się nie połapie, w czym rzecz. Wstyd mi się do tego przyznać, ale mało kto dorówna mi w chytrości… Ale trudno. Trzeba czasem być wężem wśród złych ludzi. Ciekaw jestem, czy ten opryszek jest jeszcze u siebie?
— Wyszedł — rzekł Adaś, przypadkiem spojrzawszy w okno. — O, tam chodzi po ogrodzie!
Nagle się ożywił.
— Panie profesorze — mówił szybko. — Czy mi pan pozwoli wejść na chwilę do jego pokoju?
— Nie będzie to chyba zbrodnią — odrzekł pan Gąsowski po namyśle. — Ale czego tam będziesz szukał?
Adasia już nie było, lecz powrócił natychmiast.
— Zamknął drzwi na klucz! — powiedział z żalem.
— Przezorny jegomość. Teraz ja z nim pogadam.
Malarz okazał wielkie zadowolenie, usłyszawszy, że mu pan profesor chce pokazać galerię portretów w „bawialni”. Szedł przodem, rzucając spojrzeniem na wszystkie strony.
— Oto moi przodkowie! — rzekł pan Gąsowski.
W tej chwili pomyślał:
„Coś ty, bratku, pilniej patrzysz na drzwi niż na malowidła”.
Udając, że wcale tego nie zauważył, wiódł go od obrazu do obrazu, aż wreszcie stanęli przed niedokończonym jednookim stworem.
— Ach! — zawołał staruszek. — Wie pan, co mi przyszło na myśl? Pan jest malarzem i ma pan ze sobą farby… Czy nie mógłby pan domalować oka temu zacnemu człowiekowi?
— Mógłbym… oczywiście… To przecie drobiazg… — odrzekł tamten. — Źle bym to jednak wykonał… Nie miałem nigdy do czynienia z portretami… Ja maluję krajobrazy.
— Wielka szkoda! — niemal radośnie rzekł profesor. — Wielka szkoda! Najbardziej zmartwi to mego pradziadka, co od stu lat czeka na drugie oko. Czy pan zechce obejrzeć sobie sam te portrety?
— Z przyjemnością!
— To doskonale! — zawołał staruszek, jak gdyby tylko na to czekał.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia