Ponieważ rozwalenie łba i wyrywanie kilku zębów byłoby widowiskiem gorszącym, nie mówiąc już o tym, że obopólna operacja mogłaby bezpowrotnie zniszczyć wybitną urodę dwóch miłych młodzianków, klasa usiłowała lać oliwę na wzburzone morze rozgorzałych namiętności. Zaczęto ich uspokajać i przemawiać łagodnie do gotujących się jak lawa rozumów. Na wspaniałe rozumy padł jednakże czerwony tuman. Gdyby w pobliżu znajdował się dynamit, szkoła byłaby niechybnie wyleciała w powietrze, tyle iskier padało z oczu dwóch rozsrożonych mężów. Nie zważając na prośby i zaklęcia, poczęli ciskać w siebie wyrazy ciężkie jak kamienie. Jeszcze chwila, a zwada przypomni grube kłótnie królów greckich u Homera, co się może skończyć homerycką bijatyką. Nigdy zaś nie można przewidzieć, co się z tego wyłoni na terenie klasy. Mały pożar może wywołać wojnę europejską, każdy bowiem z powaśnionych ma przecie swoich przyjaciół i przyjaciele moich przyjaciół mogą zacząć prać przyjaciół tamtego przyjaciela. Liczba zagrożonych zębów mogła się zwielokrotnić. Adam, widząc, że to nie przelewki, a pauza niebawem się skończy, skoczył na bojowisko. Silnym ramieniem oddzielił od siebie awanturników i zakrzyknął:
— Gadajcie, do stu piorunów, o co idzie?! Zbyszek, czego chcesz od niego?
— Chcę go zabić! — wrzasnął Zbyszek krótko.
Osobliwe to pragnienie wydało się wszystkim zbyt prostym i połączonym z odrobiną przesady.
— Za co? — wołał Adam.
— Bo jest świnia!
Tamten, tak szpetnie mianowany, zawył i chcąc okazać, że jest lwem, rzucił się z pięściami na przeciwnika. Adam odtrącił go jednakże i rzekł zdławionym głosem:
— Zastanów się nad tym, co mówisz. Możesz go zabić, ale nie bądź grubianinem. Gadaj prędko, o co idzie? Prędzej, bo nie ma czasu!
— Ukradł mi pióro, moje wieczne pióro! — bulgotał Zbyszek.
— Niemożliwe! Łżesz! — krzyknął ktoś z „przyjacielskiego koła”.
— Cicho bądźcie! — wołał Adam. — Skąd wiesz, że to on?
— Nikt inny zabrać nie mógł. Wczoraj na ostatniej lekcji pióro leżało między nami… I znikło jak kamfora… On je zabrał!
Adam zwrócił się do Żelskiego:
— Józek, zabrałeś mu pióro?
— Nie zabrałem żadnego pióra… Jasiński wściekł się chyba!
— Dajesz słowo, że nie wziąłeś pióra?
— Daję słowo! — odrzekł tamten z powagą.
— Zbyszek, słyszysz? Józek dał słowo. Czy ci to wystarczy?
Zbyszek mocował się z własną duszą. Uczciwe słowo — wielka rzecz. Nie mógł nie wierzyć. Spojrzał dokoła siebie, jak gdyby szukając poparcia, lecz spotkał oczy groźne i niezwykle poważne. Niebezpiecznie było podać w wątpliwość słowo dobrego kolegi — gniew w nim jednak wrzał i bulgotał i nie mógł się ukoić.
— Czy ci to wystarczy? — zapytał Adam po raz drugi.
Jeszcze tamten nie zdążył odpowiedzieć, gdy wtem Adam, jakby niespodzianie ujrzał coś dziwnego przed sobą, podniósł rękę jak ktoś, co nakazuje milczenie. Patrzono na niego ze zdumieniem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.