Nie miało granic jego zdumienie, kiedy z początkiem czerwca, więc już ku końcowi szkolnego roku, wywołany jako pierwszy baszybuzuk, zwący się Kaczanowski, nie zerwał się jak zwykle z miejsca, nie zbliżył się jak zwykle tanecznym krokiem do katedry, lecz zgoła osłupiał.
— Kaczanowski! — wezwał go profesor po raz drugi.
Tamten spojrzał na pana profesora zdumionym wzrokiem.
— Ja, proszę pana profesora? — zapytał jakby z wyrzutem.
— Czy nazywasz się Kaczanowski?
— Tak, proszę pana profesora… Ale to jakaś pomyłka…
— Jaka pomyłka?
— Ja przecie nie miałem być dzisiaj pytany… to znaczy…
Chciał cofnąć te słowa, ale nie mógł już schwytać ich w locie.
— To musi być pomyłka! — dodał już z rozpaczą.
Pan profesor Gąsowski spojrzał na niego z niewymownym zdumieniem.
— Proszę wyjść w tej chwili z ławki!
— Dobrze, panie profesorze — rzekł Kaczanowski z goryczą. — Ale z tego i tak nic nie będzie.
Po klasie przebiegł zatrwożony szmer, jakby wicher poruszył śpiące sitowie. Skazaniec zbliżył się do katedry i stał, zamieniony w słup soli, znękany, pobity, nieszczęsny, zdziwiony, rozżalony, pobladły i gotowy na śmierć. Klasa zaczęła dawać mu dziwaczne znaki, zachęcać go szeptami, ruchami rąk i mruganiem oczu. Siedzący w pierwszej ławce dobry kolega Cisowski „krzyknął” zduszonym szeptem brzuchomówcy:
— Zawróć do Napoleona!
Była to rada dobra. Można było czasem, omijając zbyt trudne zawiłości, śmiałym przeskokiem w stronę Cesarza ocalić straconą pozycję. Należało, rozprawiając o edykcie nantejskim, rzec ni z tego, ni z owego: „Napoleon byłby z tego wybrnął”. — „Tak myślisz? — wtrącał wtedy pan profesor. — A jak?” Dalej szło już gładko, a czas mijał. W tej chwili jednak zbawienna rada niewarta była funta kłaków. W zacnym profesorze obudziła się niezwykła czujność. Zawsze zdumione jego oczy były jeszcze więcej zdumione. Patrzył długo na zbuntowanego młodzieńca i dziwnie kręcił głową.
— Co znaczą twoje słowa, że „z tego dzisiaj nic nie będzie”? — zapytał ponuro.
— Bo ja nie jestem przygotowany — rzekł Kaczanowski z determinacją.
— Nie może być! — zakrzyknął pan profesor. — To niesłychane… Nic nie umiesz?
— Nic, panie profesorze…
— Uczciwie się przyznajesz?
— Najuczciwiej.
— Dlaczego? Bardzo proszę… Dlaczego?
— Bo ja…
— Przestań! — krzyknął brzuchomówca z pierwszej ławki.
— Bo co ty? Aha! Powiedziałeś, że nie miałeś być pytany. Na jakiej podstawie możesz tak twierdzić?
Kaczanowski milczał. Zaciął usta i pochylił głowę.
— Nadzwyczajne… — mruczał profesor. — Nadzwyczajne… Żegnam pana.
„Pan” Kaczanowski szedł do swojej ławki takim posuwistym i leniwym krokiem, jak gdyby tam miał kupić własną trumnę, a do tego na kredyt. Na klasę spadła cisza. Wszyscy patrzyli na pohańbionego kolegę ze strwożonym współczuciem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.