lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 15

— Po takim oświadczeniu mogę dać spokój wszystkiemu i o wszystkim zapomnieć. Skrucha maże grzech. Ostatecznie jesteście dobre chłopaki, chociaż wisielce… Jeżeli jednak pragniesz próby, zrobimy ją, aby cię przekonać, młodzieńcze, że ze mną nie tak łatwo. Zabawimy się. No?
— Jestem gotów, panie profesorze.
— Dobrze! — rzekł staruszek z mocą. — Kto z nas ma pierwszy napisać trzy nazwiska?
— Ja mam je już napisane.
— Oho! Masz już napisane?! Wybornie… Więc teraz ja je napiszę.
Widać było od razu, że pan profesor ma je też przygotowane i zapisane w pamięci. Chytrze jednak udał, że się głęboko namyśla i rozważa. Przewracał kartki w notesie, po dwie, po trzy, po dziesięć. Potem, niby utwierdziwszy się w wyborze, chwycił pióro i pisał. Cisowski nie odejmował wzroku z posuwającego się szybko pióra, kiedy zaś staruszek napisał trzecie nazwisko — odetchnął.
— Gotowe — rzekł staruszek. — Połóż swoją kartkę na katedrze, a ty z drugiej ławki… jak się nazywasz? — zresztą wszystko jedno! masz uczciwą twarz — weź moją kartkę. Nie czytaj. Trzymaj w ręku zwiniętą… Tak, dobrze. Panowie, zaczyna się przedstawienie!
Cała klasa siedziała zmartwiała w oczekiwaniu.
— Panie Cisowski! — zawołał staruszek uroczyście. — Kto ma być pytany dzisiaj według twego proroctwa, ty fałszywy proroku?
— Kaczanowski, Ostrowicki i Wnuk — odrzekł chłopiec głośno.
Staruszek skoczył jak oparzony.
— Przeczytaj kartkę pana profesora — dodał Cisowski.
Kolega dzierżący dokument profesorski odczytał wśród straszliwej ciszy:
— Kaczanowski — Ostrowicki — Wnuk.
Ogromny kamień stoczył się z hukiem z trzydziestokrotnego serca łajdackiej klasy siódmej.
Staruszek był tak zdumiony, jak gdyby był świadkiem czarnoksięstwa. Patrzył na Cisowskiego z wyraźnym strachem. Powolnym ruchem wziął z katedry kartkę Cisowskiego i stwierdził, że jak trzy byki sterczą na niej owe trzy nazwiska. Spojrzał na klasę: klasa miała na gębach uśmiech od ucha do ucha. Jedni od lewego ku prawemu, inni od prawego ku lewemu. Spojrzał na Cisowskiego: ten się uśmiechał, ale nieznacznie, jak gdyby wcale nie chełpił się zdumiewającym zwycięstwem. Znać było jednak, że jest szczęśliwy.
— Czy pan profesor się gniewa? — zapytał bardzo ciepłym głosem.
— Człowieku! — wybuchnął staruszek. — To jest zdumiewające!
— Bynajmniej, panie profesorze. Trzeba było tylko pomyśleć…
— Ale przecie i ja myślałem!
— Cała sztuka w tym, że i pan profesor, i ja wymyśliliśmy to samo. Jestem z tego dumny.
— Ale ja nie jestem dumny, piekielny chłopcze. Ja myślałem przez dwa dni.
— Niech mi pan profesor przebaczy, ale ja tylko przez jeden dzień, i to tylko po południu, bo rano byłem w szkole.
— Powiedz mi natychmiast, jak to wymyśliłeś? Odkryj swoje czartowskie sposoby!
— Bardzo chętnie, panie profesorze. Przede wszystkim starałem się wleźć w skórę pana profesora…
— Nie zazdroszczę… Ale co to znaczy?
— To znaczy, zacząłem myśleć tak, jak by wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinien myśleć pan profesor. Pan profesor myślał tak: „Ten chłystek, ten smarkacz albo ten kretyn Cisowski…”
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia