lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 120

— To się na nic nie zda. Kto mnie usłyszy? Nie ma co! Wybrał pan doskonałą miejscowość na swoją główną wojenną kwaterę. Czy tu nikt w pobliżu nie mieszka?
— W tym domu nikt. Dzierżawca tej ziemi mieszka daleko stąd, obok wsi… Za kościołem… Dom był opuszczony i wynajmowano go tylko na lato.
— A ze wsi nikt tu nie przychodzi?
— Boją się psów.
— Doskonale się wszystko składa! — zawołał Adaś z goryczą. — Będziemy dziękowali Bogu, jeśli ujdziemy z życiem.
— A może im wszystko wyjawić i za tę cenę…
— Ale co wyjawić? Gdzie są skarby? Może pan o tym wie, bo ja nie wiem…
— Nieszczęście… nieszczęście… Żeby ktoś dał znać policji… Ale to złudna nadzieja… Niech ich pan prosi! Niech im pan powie, że wyrzekam się wszystkiego i ucieknę stąd pierwszym pociągiem.
— Pieniędzy panu nie zabrali?
— Zabrali, ale niewiele. Mam pieniądze zaszyte w kołnierzu i czeki na warszawski bank.
— A te czeki panu zostawili?
— Nie wiedzą o nich, bo ukryte są w domu. W sieni na półce stoi jakiś garnek… W tym garnku je ukryłem wraz z dokumentami.
— To też wyborny schowek — mruknął Adaś. Po chwili jednak dodał miękkim głosem: — Bardzo pana przepraszam za moje rozdrażnienie… Niech mi pan przebaczy… I niech pan źle o mnie nie myśli…
— Ja nie tylko źle nie myślę — rzekł łagodnie Francuz. — Ja pana podziwiam, młody człowieku… A tej derki nigdy panu nie zapomnę. Uczynił mi pan wielkie dobrodziejstwo. To przecie pańskie okrycie?
— Nie — odrzekł Adaś cicho. — To ten człowiek przyniósł…
— Być może… być może… Ja niczego z polskiej mowy nie rozumiem, ale wiele potrafię odgadnąć…
Zamilkli obaj, gdyż obaj byli wyczerpani.
Adaś zamknął oczy i trwał nieruchomo. Nie spał, lecz nawiedziły go senne widzenia, co się z ciężkiego uprzędły mroku. Zdawało mu się, że pan profesor Gąsowski wciąż wygląda przez okno zatroskany i marszczy w zgryzocie pięknie sklepione czoło; że panna Wanda krąży po domu niespokojna i szuka, wciąż kogoś szuka… Ach! Cóż to? Skąd się w Bejgole wzięła jego matka? Widzi ją wyraźnie, jak załamuje ręce, jak podnosi je potem ku górze zrozpaczonym ruchem i zaczyna szlochać. Wzdrygnął się i otworzył oczy.
„Coś mi się majaczy… — pomyślał. — Przecie nie mam gorączki… Mama jest nad morzem i o niczym nie wie. Gdyby się dowiedziała, załamałaby naprawdę ręce”.
Nie wiedział, która godzina, i nie mógł tego dojść w żaden sposób; sądząc po wyzłoconej smużce światła, co pełzła pod drzwiami, dzień słoneczni się jeszcze w całej okazałości.
„A ten śpi — pomyślał, pochwyciwszy słuchem ciężki i nierówny oddech. — To zresztą najrozsądniejsze zajęcie. Spróbujmy jednak zająć się czym innym”.
Usiłował sięgnąć zgrabiałymi palcami do więzów na przegubie nóg. Poczuł pod palcami sznurek, lecz węzeł był zmotany tak mocno, że marzyć nie było można o jego rozplątaniu.
„Aleksander Macedoński, który przeciął mieczem węzeł gordyjski, nie byłby w tym położeniu dowcipniejszy ode mnie.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia