— Czy i wtedy zabłądziłeś — wtrącił chudy — kiedyś usiłował podejść tego pana? Kiedy ci ten pan zostawił na łbie upominek?… Nie wyglądasz tak, przyjacielu, jak gdybyś łatwo mylił drogę. O, nie! Gadaj prawdę, po coś tu przylazł?
— Zabłądziłem — twierdził Adaś uparcie.
Nie mógł w oszołomieniu wymyślić niczego lepszego.
— Właśnie w te strony! — zaśmiał się nieprzyjemnie chudy.
Nagle urwał ten śmiech, przyjrzał się chłopcu zmrużonymi oczami i rzekł zdławionym głosem:
— Siadaj! A ty stań poza nim… Jeżeli się ruszy, zdziel go po głowie.
Adaś usiadł chętnie, gdyż nogi pod nim dygotały. Rozmyślał z rozpaczliwym pośpiechem nad tym, co im powie.
— Chłopcze! — mówiło chude widmo. — Bylibyśmy cię dostali w nasze ręce, nawet gdybyś nie był taki głupi i gdybyś nie przyszedł tu sam. Słuchaj! Możemy z tobą tak postąpić, że ślad po tobie nie pozostanie… Woda niedaleko. Ale my mamy czułe serca… Żal nam tak wybitnej młodości… Możemy zrobić interes. Przyrzekamy ci, że puścimy cię wolno — nie od razu, oczywiście — jeżeli bez żadnego krętactwa powiesz nam wszystko, o czym wiesz.
— Ja nie wiem o niczym… — odrzekł słabym głosem Adaś.
— Nie wiesz o niczym? Doskonale… A to znasz?
Podszedł do łóżka i wydobył spod siennika rękopis księdza Koszyczka.
— Znam… To są stare bajki.
— I dlatego czytałeś je długo w nocy?
Adaś wzruszył ramionami.
— Czytałem, lecz nic z tego nie rozumiem.
— To się jeszcze pokaże. Zresztą rzecz jest obojętna… Idzie o co innego. Daj mi list! — zwrócił się do drugiej figury. — Ja chłopaczka nie spuszczę z oczu. Posłuchaj, kawalerze! — mówił z udanym przymileniem. — Ty masz rozum… Coś cię musiało ogłupić, żeś tutaj zalazł, ale każdemu może się zdarzyć, że zbaranieje. Widzisz to pismo?
— Widzę…
— Jest w nim jeden niejasny ustęp. Jakieś znaki… Jeżeli je wytłumaczysz, puścimy cię z Panem Bogiem.
Mówiąc to, tak złożył papier z własnym pismem Adasia, aby chłopiec nie mógł odczytać treści listu, i pokazał mu tylko skróty: „Dan. Al. Inf. C. III 10–11”.
— Czy możesz wytłumaczyć, co oznaczają te litery?
Adaś spojrzał z udaną uwagą i długo się przyglądał. Odczytał je półgłosem raz, drugi i trzeci.
— Nie rozumiem — rzekł. — To musi być szyfr.
— Szyfr? Co to znaczy?
— Tajemne, umówione pismo. Odczytać potrafi je tylko ten, co zna do niego klucz.
— A ty nie znasz tego klucza?
— Skąd? To przecie stare pismo — rzekł Adaś nieopatrznie.
Fałszywy malarz, dotąd milczący, drgnął i spojrzał na niego złośliwie.
— A skąd ty, panie Adamie, wiesz, że to „stare” pismo? Jak możesz o tym wiedzieć, skoro atrament jest jeszcze świeży, bo ten list został napisany przed dziesięcioma godzinami? Wiem, że jesteś sprytnym chłopaczkiem, bo ujrzałeś pożar, którego nie było, właśnie w tej chwili, w której brodaty pan Gąsowski zaczął mówić o drzwiach, a teraz od razu poznałeś, że to stare pismo. Węchem poznałeś? Ho, ho! Chłopczyno… Będziesz ty jeszcze śpiewał!
— O niczym nie wiem! — krzyknął Adaś. — Czego wy ode mnie chcecie?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.