lektury on-line

Kategorie

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński - Strona 131

— To choćby na desce, aby ręki nie urazić. Był tu przede mną ksiądz, który mi opowiadał to, co jemu opowiadał jego poprzednik. W sześćdziesiątym trzecim roku mieszkał w tym domku młody ksiądz, co się umiał obchodzić ze strzelbą. Na sto kroków trafiał. A jednego dnia zamknął kościółek i poszedł wojować do lasu. Pod Bejgołą go ustrzelili… To wieś panów Gąsowskich, niedaleko stąd… Śmierci był bliski, więc go Gąsowscy ukryli w małym domku w ogrodzie…
— W małym domku… w ogrodzie… — powtórzył Adaś jak echo.
— Tak, tak, święty młodzianku… Aż tu jednej nocy dają znać: „Moskale idą!”. Pan Gąsowski nie stracił ducha i woła, aby księdza wynieść i odnieść go tutaj. Ale jak wynieść? Śniegi były po szyję… Końmi nie można było przejechać. Więc zdjęli z zawiasów drzwi…
— O Boże! — szepnął Adaś.
— Nie opowiadam ci bajek, tylko prawdę czystą! Zdjęli drzwi, rzucili na nie grubą burkę, położyli księdza na drzwiach i tutaj przez las przynieśli. Dwadzieścia lat żył jeszcze.
— A te drzwi?… Co się stało z tymi drzwiami? — spytał Adaś bez tchu.
— Pan Gąsowski dał je księdzu na pamiątkę, bo plama od krwi na nich została. Teraz już jej nie widać, ale ja ją jeszcze pamiętam.
— Które to drzwi?
— Chciałbyś je zobaczyć? Po nocy ich nie ujrzysz, ale możesz to zrobić o świcie. Te sławne drzwi są teraz w małej szkółce, którą postawiłem przy boskiej pomocy. Ile razy je mijam, zawsze westchnę za spokój duszy tego księdza, co wojował w lasach. Ja bym nie umiał, bo się strzelby boję. A do zająca też bym nigdy nie strzelił, bo i zając boże stworzenie. Ale spójrz no, młodzianku święty! Twój Francuz śpi… Niech tu sobie śpi, niebożątko, bo jutro będzie miał ciężki dzień. My też chodźmy spać!
Spać? Adaś chciał śpiewać, a nie spać. Leżał z otwartymi oczami. Znużony, rozbity, zgorączkowany, dygocący jeszcze po straszliwych przejściach, zaglądał wciąż w okienko, czy się za nim nie jawi perłowy świt? Świt jednakże był jeszcze daleko. Stary jakiś kogut, bliski krewny słońca, wyśpiewał ochrypłym głosem północ.
„Nie usnę w żaden sposób!” — pomyślał Adaś.
Natura jednak, baba przeraźliwie mądra i doświadczona, ujrzawszy krnąbrnego chłopczynę, zarzuciła na jego rozpaloną głowę czarne chusty i zamroczyła go snem. Wyrywał się i „wierzgał przeciw ościeniowi”, wreszcie jednak osłabnął i jak ciężki kamień poleciał w ciemną przepaść, na której dnie przespał się mocno aż do wschodu słońca.
— Młodzianku święty! — szeptał nad nim ksiądz Kazuro, gładząc go po głowie.
Adaś zerwał się i w pierwszej chwili patrzył na rumianego i siwego księdza jak na widmo, nie rozumiejąc, gdzie się znajduje, a zrozumiawszy, roześmiał się.
— Ależ spałem! — zawołał. — Byłbym przespał cały dzień. Co tam Francuz?
— Gadaliśmy sobie przez pół godziny bardzo serdecznie, tylko że nie wiem o czym. Przespał się i jest rzeźwiejszy. Zapytaj go, młodzianku święty, czego mu potrzeba, bo ja idę mszę świętą odprawić.
— A czy ksiądz dobrodziej pozwoli mi obejrzeć drzwi?
— A! Te drzwi z Bejgoły… Nie zapomniałeś?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia