— Nie doszedłem do niczego… Nie myśl — dodał gwałtownie — że i mnie nie przychodziło na myśl to wszystko, o czym mówisz w tej chwili. Łudziłem się jednak… Widzę, że łudziłem się tragicznie. Wstyd mi się było przyznać… A nie wiedziałem, że z naszym domem jest tak źle. Przysięgam ci, że nie wiedziałem!
— Z gwiazd nie widać Bejgoły… A tymczasem twoja żona więcej wylała łez, niż ty wypisałeś matematycznych znaków.
— Jak to? Ona płakała?
— Myślę, że codziennie od lat piętnastu.
— Biada mojej głowie! — krzyknął matematyk.
— Były to jednak drobne deszcze przed wielką ulewą łez, co spadnie w owym dniu, w którym każą wam stąd odejść.
— Nigdy, nigdy! — wołał brat. — Połóż rękę na sercu i przysięgnij, że mówisz prawdę!
— Kładę rękę na sercu — rzekł uroczyście profesor.
Matematyk runął na krzesło wedle przepisu Danta „I upadł, jako ciało martwe pada”. Dyszał ciężko i mocował się z duszą jak Jakub z Aniołem. Po długiej chwili zaczął mówić, tocząc słowa jak głazy:
— Dzisiaj jeszcze spalę moje papiery… Na nic mi one, skoro są oblane łzami… Partactwo, powiadasz? Precz z partactwem!
— Tak, tak! — rzekł profesor gorąco. — Wielkie rzeczy zostaw innym, co się na tym znają. Nie troskaj się o cudze sprawy… Świat da sobie radę bez ciebie! O, drogi bracie! Strzeż domu, jak ci radzi ów wyborny chłopiec, Piotruś. Czy nie gniewasz się na mnie?
Matematyk, przedziwnie rozrzewniony, otworzył szeroko ramiona i przycisnął brata najpierw do brody, a potem do serca. Wykrzyknął jakieś słowa niezrozumiałe i podniósłszy w górę obie ręce, jakby tym ruchem chciał powstrzymać niebo, walące mu się na głowę, „były matematyk” wybiegł z pokoju.
Profesor patrzył za nim długo, potem westchnąwszy z wielką ulgą, poszedł na poszukiwanie Wandzi, aby się z nią naradzić nad umocnieniem lichej bejgolskiej twierdzy.
Obejrzeli wszystkie drzwi i zamknęli na zasuwę drzwi od wejścia, chociaż dzień dopiero szarzeć poczynał i wieczór był jeszcze za lasem. Spuścili starego psa z łańcucha i namawiali gorąco, aby przynajmniej udawał jaką taką grozę, pies jednak spojrzawszy na nich jednym okiem — zasnął.
— Pierwej jego buda zaszczeka niż on! — rzekł zgorszony profesor. — Ale co to? Grzmi?
— Nie, to tatuś wydaje jakieś okrzyki…
Po niedługiej jednakże chwili zagrzmiało naprawdę i błyskawica rozorała pociemniałe niebo od wschodu do zachodu. Wielkie drzewa skłoniły się sobie w szumnym pokłonie, jak gdyby żegnały się przed śmiercią. Ptactwo poczęło krążyć w niespokojnym locie, szukając kryjówek. Artyleria niebieska z hukiem zajeżdżała na pozycje na najwyższym wzgórzu, uczynionym przez chmury. Błyskawice latały jak sztafety. Wreszcie huk zwalisty, potworny, nagły i taki wielki jak cały świat dał znak do rozpoczęcia bitwy czarnych, skłębionych mocy.
— Koniec świata! — rzekł profesor.
— Co robi w tej chwili Adaś? — zapytała Wandzia bardzo cicho.
— Niech mu Bóg pomaga — westchnęła pani Gąsowska.
Pan Bóg, wysłuchawszy serdecznej tej prośby, oświetlał tymi samymi błyskawicami więzienie Adasia.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.